las, brzozy
Powieść W brzozowym gaju

W brzozowym gaju

Był piękny, rześki poranek. Słońce właśnie wstawało, wypuszczając swe jasne, złociste promienie na chłodną, zroszoną trawę. Smugi słońca przebijały się przez małe, zgrabniutkie listki brzóz. Przez wiele lat drzewa te pięknie ukształtowały tutejszy krajobraz. Stworzyły urzekający brzozowy gaj, okalający nieduże jeziorko, które teraz uroczo odbijało wiązki słońca. Bliskość wody sprawiała, że mieszkało tu dużo przeróżnych zwierząt i ptaków. Zwierzątka zazwyczaj zgodnie ze sobą współpracowały, ale czasem… oj, różnie bywało.

Lecz nie uprzedzajmy faktów.

Rozdział 1 Krecik i jego tajemnica

– O rety! Ratunku! – krzyczał wystraszony krecik Kazio. – A cóż to?! Co się stało?! – Krecik był pewien, że tym korytarzem doczłapie do swoich ukrytych smakołyków, że to właśnie tu schował wczoraj śliczną, różowiutką dżdżownicę. A tymczasem norka była zupełnie pusta. – Ojej – stęknął. – Jestem taki głodny. Ale zaraz, zaraz. Może jednak się pomyliłem? Może moja dżdżownica czeka na mnie w innym miejscu? – głośno zapytał samego siebie i na jego małym pyszczku pojawił się na chwilę uśmiech. Kazio niewiele widział, ale miał za to doskonały węch. Zaczął więc noskiem szukać zapachu swego smakołyku, ale niestety go nie znalazł. – No nie! Gdzie ona teraz jest? Na pewno tu była! Przecież sama nigdzie nie poszła! – Krecik usiłował zrozumieć sytuację. Nagle jego wąsiki zaczęły się trząść. – Oj, oj niedobrze. Czuję jakiś zapach. Czyj to zapach? – Kazio próbował szybko przypomnieć sobie wszystkie zapachy, jakie do tej pory poznał, ale na próżno… Nic nie przychodziło mu do głowy. Wiedział jednak już jedno: do jego norki zawitał nieproszony gość. – Gość? Jaki gość? Przecież to nie gość, a jakiś intruz, złodziej jakiś!! – krzyknął. – Poczekaj no, gagatku. Ja tu cię niedługo złapię! – zapowiedział krecik. I trochę smutny, trochę zły, trochę wystraszony, ale za to bardzo głodny poszedł szukać nowego śniadania.

Cały dzień Kazio miał zły humor. Z nikim nie chciał ani rozmawiać, ani się bawić. Przecież każdy mógł być złodziejem jego dżdżownicy! A on nie chciał się przyjaźnić z tym opryszkiem. Postanowił więc sobie, że dopóki się nie dowie, kto zakradł się do jego norki, będzie niemiły dla wszystkich.

– Hej, Kaziu, witaj! – zawołał jeżyk Jerzy.

Ale krecik jakby nie słyszał. Nie dlatego, że nie chciał, jego mała główka zaprzątnięta była po prostu tym, żeby odnaleźć złodzieja.

– Kaziu, co się z tobą dzieje?! – krzyknął Jerzy.

– Słucham? Co się stało? – zapytał wybity z zadumy Kazio.

– No to ja się pytam, co się stało. Wołam i wołam do ciebie, a ty nie słyszysz!

– Przepraszam, ale nie mam czasu na rozmowę, śpieszę się.

– Śpieszysz się? A dokąd?

– Nie musisz wiedzieć, mam ważne sprawy do załatwienia! – krzyknął naburmuszony Kazio.

– Ale może ci jakoś pomogę? – dopraszał się jeżyk.

– Czy ty nie słyszysz, co mówię? Nie chcę twojej pomocy. Nie przeszkadzaj mi! – grzmiał Kazio.

– No dobrze, już dobrze – odparł mocno zdziwiony i trochę smutny Jerzy.

Jeżyk nie mógł pojąć, dlaczego krecik był dla niego tak niemiły. Przecież jeszcze wczoraj świetnie się razem bawili i myślał, że i dziś spędzą razem czas. Hm… Coś złego musiało się przytrafić krecikowi. Muszę się temu przyjrzeć – pomyślał jeżyk i poszedł poszukać wiewiórki Wici. Może ona coś będzie wiedzieć?

– Witaj, Wiciu – rzekł Jerzy. – Co porabiasz? – zapytał nieśmiało, widząc, że wiewiórka chyba nie ma czasu.

– Ach, znowu zapomniałam, gdzie schowałam wczoraj te orzeszki. Wydawało mi się, że to było tutaj, pod tą złamaną brzozą. Ale coś ty taki smutny? – Wicia w końcu zauważyła minę jeżyka.

– Martwię się o Kazia. Jest jakiś zły i niegrzeczny.

– Kazio niegrzeczny? Nasz Kazio? – zdziwiła się wiewiórka.

– Wiesz, myślę, że krecik ma chyba jakiś sekret – stwierdził jeżyk.

– Sekret?? – Uszka Wici stanęły szybciutko do góry. Ona uwielbiała sekrety, zagadki, tajemnice. Choć sama nie bardzo radziła sobie ze swoimi tajemnymi schowkami na orzeszki. – To wspaniale! – krzyknęła uradowana wiewióreczka. – Rozwiążemy tę tajemnicę!

– Ale niby jak? – zapytał jeżyk Jerzy.

– Jak? No, nie wiem jak… – Zapał Wici na chwilę opadł. – Ale na pewno coś razem wymyślimy.

I zaczęli myśleć, zastanawiać się, zgadywać, cóż takiego mogło się przytrafić krecikowi. Niestety, nie bardzo mogli się na tym myśleniu skupić, gdyż na pobliskim drzewie dzięcioł Dzidek uparcie wystukiwał w drzewie swój stukot: stuk-stuk, stuk-stuk, stuk-stuk.

– No nie wytrzymam! – krzyknęła w końcu Wicia. – Dzidek, przestań! Przestań tak stukać!!

Zapanowała cisza… bez stuk-stuk.

– Ojej, czy to było do mnie? Że ja przeszkadzam? – zapytał zdumiony dzięciołek.

– Tak, to jest do ciebie! – krzyczała zezłoszczona wiewiórka. – Przeszkadzasz nam tym stukaniem!

– A w czym ja wam przeszkadzam, jeśli mogę spytać?

Tak, Dzidek był bardzo kulturalnym, dobrze wychowanym dzięciołkiem. I doprawdy nie rozumiał, dlaczego jego stukanie, które przecież każdego dnia było w lesie słychać, dziś zaczęło kogoś denerwować.

– Och, Dzidek, my tu myślimy! – argumentowała wiewiórka.

– Myślicie? A nad czym? – zapytał zdumiony dzięciołek.

– A nad tajemnicą! – wyjaśniła Wicia.

– Uuu, nad tajemnicą? – zaciekawił się Dzidek.

No i zrobiło się tajemniczo… I to wiewiórka Wicia uwielbiała. Uwielbiała wiedzieć coś, czego inni nie wiedzieli, choć przecież sama wiele o tej tajemnicy nie wiedziała.

– Dzidek, a może ty coś wiesz o kreciku Kaziu? – wtrącił się do rozmowy jeżyk.

– O Kaziu? A co z nim? Co mam niby wiedzieć? – zapytał dzięciołek.

– Bo on się tak dziwnie i nieładnie zachowuje – tłumaczył Jerzy.

– Dziwnie? – Zaciekawiony Dzidek porzucił stukanie i sfrunął na ziemię do swych przyjaciół. – Co znaczy dziwnie? – dopytywał.

– Spotkałem go dziś rano i był bardzo niemiły. Powiedział, że ma jakieś sprawy do załatwienia i żebym mu nie przeszkadzał – wyjaśnił Jerzy.

– Hm… swoje sprawy? To doprawdy niepodobne do naszego krecika – potwierdził Dzidek.

– Ale widzę, że i ty nie bardzo wiesz, co mogło mu się przytrafić, prawda? – spytał jeżyk z nadzieją, że jednak Dzidek powie, że wie, co się stało.

– Nie mam pojęcia, dlaczego Kazio ma przed nami jakąś tajemnicę. Doprawdy niebywałe… – zamyślił się znowu Dzidek.

Siedzieli tak we trójkę, wymyślając przeróżne historie, które mogły być powodem nieładnego zachowania krecika.

A tymczasem Kazio w swych poszukiwaniach jedzenia, spotkał zajączka Zojkę. Zojka akurat odpoczywała po śniadaniu. Była najedzona, wypoczęta i zadowolona. Czuła się więc zupełnie inaczej niż krecik. Ale niczego nieświadoma chciała przywitać się ze swym przyjacielem.

– Hej, Kaziu, gdzie tak biegniesz? – zawołała.

Kaziu tym razem celowo udał, że nie słyszy.

– Hm… – zdziwiła się Zojka, bo przecież stała całkiem blisko krecika i nie mógł jej nie słyszeć! – Hej, kolego! – powtórzyła zawołanie.

Krecik jednak wcale nie zamierzał zatrzymywać się przy zajączku. Musiał przecież pokazać, że jest na wszystkich bardzo zły.

– Nie będę rozmawiać ze złodziejami! – burknął złośliwe.

– Ze złodziejami? Są tu jacyś złodzieje? Ojejku, kreciku, o czym ty mówisz? – zapytała wystraszona Zojka.

– Żegnam – powiedział głośno Kazio i szybciutko poszedł dalej.

– Kreciku, Kaziu, poczekaj, proszę… – wołała jeszcze Zojka, ale on już był daleko.

Ojej, ojej. Złodzieje, tu są jacyś złodzieje. Ale chwila… Czy krecik myśli, że to ja jestem złodziejem? myślała Zojka. Ja złodziejem? Cóż on znowu wymyślił? – Nie podobało się to wszystko zajączkowi. Zojka postanowiła więc sprawdzić, o co chodzi. Tak dla pewności, szybciutko pobiegła jeszcze do swojej norki, żeby zobaczyć, czy wszystkiej jej zapasy i cudeńka, które tam trzymała, są na swoim miejscu. Uff, wszystko jest. Czyli do mnie złodzieje jeszcze nie trafili. Ale muszę to wszystko dobrze ukryć, bo… w końcu nie wiem, o co chodziło Kaziowi z tym złodziejem – pomyślała Zojka.

Posprzątała więc szybciutko swój domek, a wejście do niego obłożyła gałązkami tak, aby nie było go w ogóle widać. I poszła w stronę norki krecika. Szła powoli i ostrożnie, rozglądając się wokół, czy czasem nie kręcą się jacyś złodzieje.

Wtem…

O nie! O nie! Słyszę jakieś głosy! Czy to są złodzieje?! – myślała wystraszona i zdenerwowana Zojka.

Faktycznie, zza krzaków słychać było odgłos czyichś rozmów. Zojka wytężyła mocno uszka, żeby usłyszeć, o czym rozmawiają. Niestety, na próżno, głosy były jeszcze daleko, więc były niewyraźne. – Ach, to na pewno są oni! – pisnęła.

Zojka była przerażona! Postanowiła więc szybko się schować i obserwować przybyszów. Głosy stawały się coraz wyraźniejsze. Zojka wiedziała już, że jest ich co najmniej dwa, a może i trzy. Niestety, wciąż nie rozumiała, o czym rozmawiają. Siedziała ukryta w krzakach, mając nadzieję, że nikt jej tam nie zobaczy. Po chwili zaczęła rozumieć słowa nieznajomych:

– Tak, tak. To najlepszy pomysł, najlepsza rzecz, jaką możemy w tej sytuacji zrobić. Trzeba to dokładnie sprawdzić i wyjaśnić. Miejmy nadzieję, że zastaniemy go w jego norce.

Zojka siedziała cichutko, serduszko biło jej tak szybko, jak chyba nigdy wcześniej.

Czy ja dobrze słyszę? Czy ja słyszę jeżyka? Ależ tak, to przecież głos Jerzego! – uradowała się w duchu Zojka i jak z procy wyskoczyła z krzaków wprost na swych przyjaciół. Bo jeżyk nie szedł sam, maszerowała z nim Wicia i Dzidek.

– O rety, Zojka! Ale nas przestraszyłaś! Cóż ty wyprawiasz! – krzyknęła wiewiórka Wicia.

– Przepraszam, ja was bardzo przepraszam, ale tak się cieszę, że to wy!! Tak się bałam! – tłumaczyła.

– Bałaś się? Kogo się bałaś? – dopytywały zwierzątka.

– Złodziei! – odparła Zojka.

– Złodziei? Jakich znowu złodziei? – zapytał jeżyk.

– No nie wiem jakich… sama już nie wiem… tylko Kazio… – Zojka zaczęła nieporadnie tłumaczyć.

– Kazio? Krecik Kazio? – podłapał temat jeżyk. – Widziałaś Kazia?

– Tak, widziałam i on coś mówił o złodziejach…. Postanowiłam więc pójść do niego, żeby sprawdzić, o co chodzi, a po drodze usłyszałam wasze głosy i myślałam, że to właśnie złodzieje…

– No nie! Co ten krecik wymyślił?! – zdenerwowała się Wicia. – Jacy znowu złodzieje? Przecież nikomu nic nie zginęło, prawda?

– Ale może coś zginęło krecikowi – zauważył jeżyk. – I może dlatego tak się teraz zachowuje. Musimy się temu przyjrzeć.

– Tak, musimy to sprawdzić – potwierdził Dzidek.

– Och, już niedługo rozwiążemy naszą tajemnicę! – ucieszyła się wiewiórka Wicia.

I wszystkie zwierzątka wyruszyły w stronę norki Kazia.

– Cześć, kreciku – powiedział nieśmiało dzięcioł Dzidek, gdy już dotarli na miejsce. Niestety nikt mu nie odpowiedział. – Halo, Kaziu, jesteś tu? – powtórzył Dzidek.

– Hm… Może gdzieś sobie poszedł? – zastanawiały się wspólnie zwierzątka.

– Kreciku, to ja, Jerzy. Jeśli tu jesteś, to proszę, wyjdź do nas – powiedział jeżyk.

I dalej cisza…

– Pewnie jednak gdzieś poszedł – stwierdził ponownie Dzidek.

– A może poszedł szukać złodziei? – wymyśliła przejęta Zojka.

– No nic, co by nie było, poczekamy tu na niego – oświadczyła energicznie Wicia.

– Co?! Nie chcę żebyście tu czekali! – Krecik Kazio nagle wyskoczył z norki jak poparzony. – Idźcie sobie! – krzyczał wściekle.

– Ależ Kaziu… – rzekł wystraszony Jerzy, który po raz pierwszy w życiu widział krecika w takiej złości.

Zojka szybko schowała się za Dzidka, choć prawdę mówiąc, to ona była największa z całego towarzystwa i na niewiele to ukrycie jej się zdało.

– Tego już za wiele, panie Kaziu! – krzyknęła zdenerwowana Wicia. – To my się martwimy, pół dnia się zastanawiamy, jak rozwiązać twoją tajemnicę i ci pomóc, a ty tak traktujesz swoich przyjaciół?

– Słucham? Jaką tajemnicę? W czym niby chcecie mi pomóc? Przyjaciele!? – denerwował się krecik. – Przyjaciele nie kradną!

I krecik schował się z powrotem do swojej norki.

Zwierzątka zdębiały.

– To tajemnica się wyjaśniła – stwierdził poważnie Dzidek. – Krecikowi coś zginęło. I stąd ta cała afera.

– Kreciku, ale…, ale przecież my ci nic nie zabraliśmy. Dlaczego uważasz, że to my? – zapytała Zojka.

Krecik znowu wychylił łebek i zapytał:

– A kto niby zabrał moją dżdżownicę? Tylko wy wiecie, gdzie chowam swoje zapasy – tłumaczył krecik.

– Dżdżownicę? Zginęła ci dżdżownica? – zapytał jeżyk.

– Nie, jeżyku, nie zginęła. Tylko ktoś mi ją po prostu ukradł – wyjaśnił stanowczo krecik.

Wtedy wszystkie zwierzątka zaczęły przypominać sobie, co robiły w nocy. Okazało się, że w zasadzie wszystkie spały. Wszystkie – poza jeżykiem.

– Jeżyku, jak mogłeś mi to zrobić – powiedział Kazio, patrząc smutnym wzrokiem. Z jednej strony był bardzo zły, a z drugiej smutny, gdyż uważał jeżyka za swego najlepszego przyjaciela.

– Ale, Kaziu, to nie byłem ja! To prawda, że nie spałem, bo ja w nocy mało śpię, ale przecież jesteś moim przyjacielem. Nie zrobiłbym ci tego – tłumaczył Jerzy.

– Chciałbym ci wierzyć, ale…

Nagle krecik zamilkł i jego wąsiki zaczęły się szybciutko poruszać na wszystkie strony.

– Kaziu, co się stało? – zapytał jeżyk.

– Cicho – szepnął krecik. – Czuję taki zapach, jaki czułem w pustej norce z zapasami. Czyli jednak to ktoś z was…

– Hej, popatrzcie – rzekła szybciutko wiewiórka Wicia. – Tam ktoś stoi…

Wszystkie zwierzątka popatrzyły w kierunku, który wskazała Wicia. Faktycznie, stało tam małe, wystraszone zwierzątko z jakimś zawiniątkiem w rączkach.

– Kim jesteś? – zapytał Dzidek, który uważał, że najlepiej zajmie się nowym przybyszem.

– Jestem Mysia – odparła nieznajoma.

– A czy ty się zgubiłaś? Czy może kogoś szukasz? – kontynuował rozmowę dzięciołek.

– Tak, w sumie to tak. Szukam krecika – odpowiedziała myszka.

– Krecika? – zdziwiły się zwierzątka, a najbardziej oczywiście sam Kazio.

– Mnie szukasz? A czemu mnie szukasz? – zapytał krecik Kazio.

– Bo ja… ja chciałam cię przeprosić… – stęknęła cichutko myszka Mysia.

– Ach, już wiem, to ty ukradłaś mi moją dżdżownicę, tak?

– Tak… to byłam ja. Wczoraj dotarłam do waszego gaju po długiej podróży. Byłam bardzo zmęczona i głodna. Poczułam zapach świeżego jedzenia, więc weszłam do twojej norki i zjadłam to, co tam było. Potem się jeszcze chwilkę zdrzemnęłam i uciekłam. Wiem, że zrobiłam źle, dlatego chcę cię bardzo przeprosić… Ale znalazłam dla ciebie dżdżownicę, proszę – weź ją ode mnie.

No to się porobiło… – pomyślał krecik Kazio.

Zwierzątka w ogromnym zdziwieniu, a może raczej w podziwie, stały i patrzyły na tę biedną, malutką wystraszoną, ale jakże dzielną i odważną myszkę. Potem swoje oczy skierowały w stronę krecika. I każde z nich zadawało sobie w głowie pytanie: Co on teraz zrobi?.

Sam Kazio się zastanawiał: Co mam teraz zrobić? Co powiedzieć? Jak przeprosić przyjaciół za te paskudne podejrzenia i zachowanie?.

– Czyli to twój zapach czułem w norce… – zaczął nieśmiało krecik. – Wiesz, mogłaś na mnie poczekać, aż wrócę, to bym cię sam poczęstował i ugościł. Nie trzeba było kraść… – pouczał Kazio myszkę. – Ale już dobrze. Dziękuję za dżdżownicę – powiedział krecik z uśmiechem na twarzy.

– Kaziu, ale chyba jesteś coś winien swym przyjaciołom, prawda? – zauważył dzięcioł Dzidek.

– Tak… to prawda. Powinienem wcześniej was zapytać, porozmawiać, a nie od razu się obrażać i oskarżać o kradzież. Przepraszam, będę miał nauczkę na przyszłość… – Kazio skarcił samego siebie.

– Dobra! Już dość tych smutnych min! – zawołał jeżyk, który cieszył się, że sprawa tajemnicy się wyjaśniła i że nie jest już podejrzany o kradzież.

– Racja! – rzekła głośno wiewiórka, podchodząc do Mysi.

– Chodź do nas, Mysia, opowiedz nam coś o sobie: skąd jesteś, dlaczego tu przyszłaś i dokąd zmierzasz. Śmiało, nie bój się nas – proponowały zwierzątka.

I wszyscy zaczęli witać się z myszką i słuchać opowieści o niezwykłych przygodach, jakich doświadczyła.

A krecik słuchał tak naprawdę jednym uchem, bo wciąż rozmyślał nad tym, że tak niesprawiedliwie potraktował swych przyjaciół. I bardzo, ale to bardzo się cieszył, że mu wybaczyli. I że zyskał nową przyjaciółkę – Mysię.


Rozdział 2 Podróż myszki Mysi

Mysia zatrzymała się na chwilę i odwróciła wzrok. Ona była już bezpieczna na tej górce, zdążyła uciec, ale widok, jaki zostawiła za sobą, był taki smutny… Ogień strawił całą polankę, na której myszka się urodziła, na której mieszkali jej przyjaciele, na której był jej bezpieczny domek.

Teraz już go pewnie nie było. Ale nie domkiem Mysia przejmowała się najbardziej. Martwiła się o swe przyjaciółki – o jaszczurkę Joasię, kuropatwę Kalinę, żabę Żanetę, a nawet o łasicę Łajkę. Tej akurat Mysia nie darzyła sympatią. Łajka była zarozumiała, uważała, że wszystko wie, i ciągle wszystkich krytykowała. Myszka próbowała zobaczyć koleżanki, ale było to niemożliwe – kłęby duszącego dymu wciąż unosiły się nad całą polaną i pobliskim lasem.

Mam nadzieję, że zdążyły uciec, tak jak ja – westchnęła i poszła w nieznane.

Mysia bardzo się bała, gdyż nigdy nie zapuszczała się tak daleko. Na swej polanie znała każdą gałąź, każdą norkę i wszystkich jej mieszkańców. A teraz była sama i sama musiała poszukać nowego miejsca do życia.

No nic. Nie mogę się teraz nad sobą rozczulać. Niedługo zapadnie zmrok. Muszę się śpieszyć. – Myszka w myślach skarciła samą siebie.

Nie uszła długo, gdy nagle usłyszała dziwny dźwięk:

– Kwa kwa! Kwa, kwa! Kwa kwa!

Mysia ucieszyła się, bo pomyślała, że może to ktoś z jej znajomych, ale nie mogła skojarzyć tego dziwnego głosu. Schowała się więc za nieduży pień i szukała właściciela tych cudacznych dżwięków. Hm… Wydaje się, że ten głos słychać jakby na górze – pomyślała myszka i podniosła wysoko swój malutki łebek.

Faktycznie, wysoko w górze zobaczyła dużego ptaka, który coraz głośniej kwakał. Mysię zaniepokoiło jednak to, że leciał on tak jakoś dziwnie… Nie prosto, ale raz skręcał w lewo, raz w prawo, raz leciał wyżej, raz niżej…

– O rety, przecież ten ptak zaraz spadnie na ziemię! – krzyknęła Mysia i… ŁUP!!

Ptak rzeczywiście upadł na ziemię kilka kroków dalej. Wystraszona myszka przyglądała się ze swojej bezpiecznej kryjówki.

– Oj, oj, ale boli…, żebym tylko skrzydeł nie połamał… Ale boli… – stękał potłuczony ptak. – Skrzydła chyba są w porządku, zaraz, zaraz, niech no zobaczę – gadał sam do siebie. I rozciągnął dwa skrzydła na całą ich szerokość.

– Ojej, ale wielkie skrzydła… – zdziwiła się głośno Myszka. I tym samym niechcący się ujawniła.

– Kto tam? Kto tam? Czy tu ktoś jest? Halo, halo! No proszę się odezwać. Przecież kogoś słyszałem!

Duży ptak nawet przez chwilę się nie pomyślał, że może ten głos, który usłyszał, należy do kogoś większego czy po prostu niebezpiecznego.

– Hej, hej! Gdzie ty jesteś? Pokaż się! – nawoływał.

Ale myszka się bała. Pierwszy raz w życiu widziała z bliska tak dużego ptaka. Nie znała go, nie wiedziała jaki jest, czy nie zrobi jej krzywdy. Przecież ona była taka malutka…

– I ekstra. Znów sobie poszedł. Czemu ja tak mam, czemu wszyscy mnie zostawiają? – Z pretensją w głosie duży ptak zaczął głośno myśleć. – Najpierw Henio powiedział, że już go zmęczyłem, i sobie poleciał z Lulkiem. Potem Irek udawał, że mnie nie słyszy, i też poleciał do Lulka. O co im chodzi? Czym ja ich męczę? Przecież jestem grzeczny, kulturalny, inteligentny, dużo wiem. I jak wiem, to mówię. Nie rozumiem, przecież powinni się cieszyć, że mogą mieć takiego mądrego przyjaciela. Nie rozumiem…

Duży ptak rozbawił myszkę. Wyglądało na to, że nie jest groźny. Tym bardziej, że nie mógł utrzymać równowagi. Tak śmiesznie człapał swoimi łapkami i co chwilę się wywracał. Cały czas mamrotał sobie coś tam pod nosem.

Aj, aj! A niech to! Ależ mi się w głowie kręci. Co to było? W co ja wleciałem? Wiem, że ludzie rozpylają taki szczypiący dymek na muchy. Ale to było przecież za wysoko! Ale mnie oczy szczypią, niedobrze…

Ach, więc ten biedny ptak wleciał w kłęby dymu nad polanką! – Zrozumiała mała Myszka. I dlatego kręci mu się w głowie i szczypią go oczy! – Teraz już całkiem przestała się bać skrzydlatego przybysza, a raczej zrobiło się jej go żal. Biedaczek. A może wyjdę, pokażę się mu? Może razem będzie nam łatwiej podróżować? – pomyślała z nadzieją.

Mysia wyszła ze swego ukrycia i zaczęła cichutko podchodzić do ptaka, który nieporadnie człapał nóżkami i gadał coś do siebie.

Dzień dobry – pisnęła cichutko myszka.

Ale ptak zajęty swoimi przemyśleniami i próbą utrzymania równowagi, w ogóle jej nie usłyszał.

Dzień dobry, panie ptaku – powiedziała Mysia troszkę głośniej.

Ptak przestał gadać, podniósł wysoko szyjkę i zaczął się rozglądać. Ale nic nie zobaczył. Mała myszka stała za nim.

– Ech tam, chyba mi jeszcze ten dym uszy uszkodził. Słyszę jakieś dziwne głosy. – Duży ptak znowu zaczął rozmawiać sam ze sobą.

– Ale ja tu naprawdę jestem. Halo! Dzień dobry! – Mysia odezwała się znacznie głośniej.

Ptak odkręcił szybko główkę do tyłu i zobaczył małą myszkę. Widać było od razu, że się ucieszył i chciał się odwrócić w stronę nowej nieznajomej, ale znowu nóżki mu się poplątały i padł przed myszką jak długi, wbijając swój dziób w piach. Mysia przymrużyła oczka i zasłoniła pyszczek, bo czuła, że ten piach zaraz będzie wszędzie. Po chwili powolutku zaczęła otwierać oczy. Ptak był naprawdę blisko… Na wysokości pyszczka Mysi były jego ogromne, ciemne oczy.

– Łał… – szepnęła. Z bliska dostrzegła przepiękne kolory ptaka. Jego kształtny łebek mienił się w zachodzącym słońcu cudowną ciemnozieloną barwą. Ale to nie był jedyny kolor, który tak urzekł Mysię. Przyzwyczajona do swej burej szarości, myszka zachwycała się połyskującymi fioletowymi piórkami. A może to był granat…?

Cześć! – przywitał się ptak, który już wygrzebał się z piasku i usiadł.To ty mnie wołałaś, prawda? Tak mi się już wcześniej wydawało, że kogoś słyszałem, ale potem stwierdziłem, że nawet jeśli ktoś tu był, to pewnie sobie ode mnie poszedł. Fajnie, że się odezwałaś, wiesz, bo popatrz…

Duży ptak chyba już dawno z nikim nie rozmawiał, bo nie mógł przestać mówić. Ale Mysi to nie przeszkadzało. I tak w zasadzie nie skupiała się na tym, co mówił, ale na tym, jak wyglądał. Był przepiękny i taki duży…

– To jak ci na imię? – zapytał duży ptak.

– Mysia, jestem Mysia – odpowiedziała.

– I super, Mysia. Jeszcze nigdy nie przyjaźniłem się myszą. Będzie świetnie, zobaczysz. Będziemy najlepszymi kumplami, pokażę ci kawał świata i nauczę wielu ciekawych rzeczy – zachwycał się duży ptak.

– A ty kim jesteś, jak masz na imię? – spytała Mysia, gdy ten w końcu na chwilkę przestał gadać.

– Ja? Ach, przepraszam, co za nietakt. Nie przedstawiłem ci się jeszcze. Jestem Karolek. Kaczor Karolek – odrzekł dumnie.

– Jesteś kaczką? Ja też jeszcze nie przyjaźniłam się z żadną kaczką – stwierdziła Mysia.

– No kaczkę to ja sobie wypraszam. Ja jestem kaczor, pan kaczor. Nie widać? Kaczki nie mają tak pięknych kolorów jak ja. Są szare i bure jak myszy – strofował myszkę Karolek. Ale niestety zrobił to bardzo nieumiejętnie. Całe szczęście szybko się zreflektował… – Oj, przepraszam, nie chciałem ci zrobić przykrości, tak jakoś mi się z tą myszką powiedziało – tłumaczył się kaczorek.

Nic się nie stało. W sumie taka prawda, jestem szara i bura. Ale co się, Karolku, stało, że upadłeś na ziemię? – Myszka szybko zmieniła temat, bo w głębi serca faktycznie zrobiło jej się przykro, że nie jest tak pięknie kolorowa jak Karolek.

– Żebym ja to wiedział. Leciałem sobie, tak jak zawsze, jak co dzień. Bo wiesz, ja tu często latam, tam niedaleko jest takie śliczne jeziorko, a wokół niego rośnie uroczy brzozowy gaj. I leciałem sobie, żeby się popluskać trochę w wodzie, a może i jakąś rybkę złapać, bo ja uwielbiam się kąpać w wodzie… – rozmarzył się Karolek. – Ale nie doleciałem. Nagle zrobiło się tak jakoś mglisto, biało i zaczęły mnie strasznie oczy szczypać. Jak je zamknąłem, to było dobrze, no ale wtedy nie widziałem, gdzie lecę, a jak je otworzyłem, żeby coś zobaczyć, to znowu tak szczypało, że i tak nic nie widziałem, no i w końcu upadłem tu na ziemię…

– Widziałam właśnie, że miałeś problemy z lataniem, bo spadłeś tuż obok mnie.

– Ty też spadłaś? – zapytał zdziwiony Karolek, który nie do końca zrozumiał myszkę.

Nie, no coś ty. Przecież ja nie latam – odparła rozbawiona Mysia.

– A widziałaś tę mgłę tam wysoko? Wiesz, co to może być? – zapytał kaczorek.

Myszka posmutniała.

– Tak, wiem, co to jest. To nie jest mgła, kaczorku. To jest dym – wyjaśniła krótko.

– Dym? Jaki znowu dym? Skąd się wziął tu dym? – dociekał Karolek.

– Jest dym, bo na dole był pożar. Spłonęła cała polanka, na której mieszkałam. – W oczach Mysi pojawiły się łzy.

– Ojej, tak mi przykro. Ale swoją drogą, że ja też nie domyśliłem się, że to był dym z pożaru. – Karolek dziwił się sam sobie. Przecież on doskonale znał się na dużo trudniejszych sprawach niż zwykły ogień…

– I co teraz z tobą, Mysiu, będzie? Gdzie będziesz mieszkać? Masz dokąd pójść? – O dziwo ptak potrafił skupić się na prawdziwych problemach.

– Nie wiem. Idę gdzieś przed siebie. Może znajdę jakieś nowe przyjazne miejsce.

– Mysiu! – krzyknął nagle Karolek. – A może pójdziesz do brzozowego gaju i tam zamieszkasz?

Do brzozowego gaju? Ale ja tam nikogo nie znam.

No to poznasz. Znasz już przecież mnie – ucieszył się kaczorek, że wpadł na taki genialny pomysł.

– A ty znasz tam kogoś? Masz tam jakichś przyjaciół? dopytywała myszka.

– Może przyjaciół to nie mam, ale wiem, jakie zwierzęta tam mieszkają. Jest wiewiórka, krecik, jeżyk, śliczny zajączek, kilka bobrów, dużo ptaków…  – Karolek próbował sobie przypomnieć wszystkie zwierzątka, które widział w brzozowym gaju. – Myślę, że znajdzie się tam dla ciebie jakiś kąt.

Chciałabym. Ale ja tam nie dojdę. To przecież bardzo daleko – odparła myszka.

– Hm… to prawda. Z twoimi małymi nóżkami, to będziesz tam iść i iść – potwierdził Karolek. – Ale chwilka, chwilka. Mam pomysł! Przecież ja mogę cię tam zabrać! – krzyknął z radości kaczorek.

Zabrać? A niby jak zabrać? – zapytała zdziwiona Mysia.

– Jak to jak? Na moich skrzydłach. Polecimy razem! – Kaczorek bardzo się cieszył na myśl o podróży z nową znajomą.

– Ależ Karolku… – rzekła wystraszona myszka, bo jak sobie przypomniała widok spadającego kaczorka, to lot na jego grzbiecie był naprawdę ostatnią rzeczą, na jaką w tym momencie miała ochotę. – Ależ Karolku… – Mysia nie wiedziała, jak powiedzieć kaczorkowi, że po prostu boi się z nim lecieć.

– No co ależ Karolku, ależ Karolku. Lecimy i już. Bez dyskusji oświadczył stanowczym tonem kaczorek.

Mysia bardzo się bała. Wiedziała jednak, że samej będzie jej ciężko bezpiecznie dotrzeć do brzozowego gaju. A tak bardzo chciałaby się zatrzymać na noc w jakimś spokojnym miejscu.

– Dobrze. Polecę z tobą. Ale obiecaj, Karolku, że będziesz naprawdę spokojnie leciał – poprosiła Mysia.

Oczywiście, moja mała przyjaciółko. Wskakuj i mocno trzymaj się szyi.

No i polecieli.

Myszka ze strachu zamknęła oczy. Gdy byli już wysoko, zaczęła powoli je otwierać. I to, co zobaczyła, znowu ją zachwyciło… Była tak wysoko, jak nigdy wcześniej. Zerknęła w dół i bardzo się zdziwiła. Drzewa, ogromne drzewa, które zawsze podziwiała, siedząc na swej polance, były teraz malutkie jak jej małe nóżki. Pięknych kwiatów w ogóle nie było widać z tej wysokości. Gdzieś daleko widziała krowy pasące się na łące. Były tak drobne, że Mysia mogłaby je wziąć w swoje małe rączki…

– Ależ tu jest pięknie! – W końcu myszka się odezwała.

– Mówiłem ci, że nie pożałujesz, jak ze mną polecisz – rzekł dumny Karolek.

Mysia była szczęśliwa. Choć na chwilę zapomniała o wszystkich przykrościach, jakie ją dzisiaj spotkały. Cieszyła się pięknym widokiem i była po prostu szczęśliwa.

Nagle…

Hej, Karolku, co ty robisz?! Nie kręć się tak, bo spadnę! – krzyknęła wystraszona Mysia.

– Aj! Ałaj! Ałaj!! – jęczał głośno kaczorek, trzepiąc swoim pięknym łebkiem na wszystkie strony.

– Karolku, przestań! Ja zaraz spadnę!

– Coś mi wleciało do oka! Coś ogromnego! Jakaś mucha czy co?! – Karolek próbował wyjaśnić.

– Karolku, ale ja już się nie utrzymam! Ja spadaaaaaaam! – krzyknęła Mysia po raz ostatni i faktycznie… ześliznęła się z grzbietu kaczorka.

Ale ptak tego nie usłyszał, a tym bardziej nie poczuł. Był tak zajęty walką z muchą w oku, tak bardzo się szarpał i kręcił, że nie spostrzegł, gdy Mysia po prostu spadła na dół. On leciał dalej…

Aaaaaa! Ratunku! Na pomoc! Kaczorku, ratuj mnie!! – krzyczała myszka, spadając na ziemię. – Aaaaaa!

Pach!

Myszka spadła. Po chwili otwarła oczy i zaczęła się rozglądać – nad nią wisiały gałęzie, obok leżało pełno piór i czuć było nieprzyjemny zapach. Gdzie ja jestem? – zastanawiała się Mysia. Gdzie ja spadłam? – Myszka chciała podnieść głowę, wstać na nóżki, ale poczuła ogromny ból w jednej z nich. O nie. Chyba złamałam nogę – pomyślała myszka. Ale dotarło do niej, że prawdopodobnie jest w gnieździe jakiegoś ptaka! Stąd te liście wokół i ten zapach, i te pióra! – Rety! Muszę uciekać, muszę stąd szybko uciekać! – krzyknęła wystraszona Mysia. Nie myśląc o bólu, wstała i dokładnie się rozglądnęła. Faktycznie, była w ptasim gnieździe, gdzieś na drzewie. – No pięknie. Jak ja teraz zejdę na dół?! – zawołała prerażona. Myszka przyjrzała się nóżce, nie było na niej żadnej rany. Nie wyglądała też na złamaną, ale po prostu na mocno ubitą. – No nic, boli, ale muszę stąd uciekać. I to jak najszybciej – stwierdziła Mysia. I krok za krokiem, po cichutku wyczłapała się z gniazda. Całe szczęście drzewo nie było wysokie. Nie miało też gładkiego pnia, więc myszka zaciskając ząbki z bólu, ostrożnie zeszła na ziemię. Ale gdzie ja jestem? Którędy mam iść dalej? Czy to już brzozowy gaj? – zastanawiała się. Las, w którym się znalazła, nie wyglądał przyjaźnie. Było w nim ciemno, chłodno. Wszędzie rosły wysokie drzewa. Ale nie były to brzozy. Brzóz nie było tu w ogóle. To pewnie nie jest brzozowy gaj, o którym mówił Karolek. Ach, ten Karolek. Łobuz jeden! Ale mnie załatwił! – krzyczała w myślach myszka. Na wspomnienie wycieczki z Karolkiem chciało jej się płakać.

Nagle usłyszała jakiś szelest. Zamarła ze strachu. Dźwięk dobiegał z prawej strony i tam myszka skierowała całą swą uwagę. O nie! Tam jest dzik! Prawdziwy dzik! – Mysia wystraszyła się nie na żarty. Pierwsza myśl, jaka jej przyszła do głowy, to ucieczka na drzewo. Ale szybko sobie uświadomiła, że z bolącą nóżką na drzewo na pewno nie wejdzie. Co robić? Co robić?! – myślała nerwowo myszka.

Dzik był coraz bliżej, więc niewiele myśląc, myszka po prostu wskoczyła w górę liści, którą w ostatniej chwili zauważyła. Wystraszona siedziała cichutko, mając nadzieję, że dzik jej ani nie zauważy, ani nie wyczuje. Wydawało się jej, że czas stanął w miejscu…

Myszka ugrzęzła w liściach na długo. Już dawno wydawało się jej, że dzik sobie poszedł, ale tak bardzo bała się wystawić pyszczek zza tych liści… Była zmęczona, głodna i zziębnięta. Na niebie zaczął już świecić księżyc. A ona biedna nie miała bezpiecznego miejsca na sen. Muszę znaleźć jakąś norkę, w której prześpię noc – pomyślała Mysia i ruszyła w dalszą drogę. Chciała jak najszybciej wyjść z tego dużego, smutnego lasu. Po jakimś czasie Mysia poczuła przyjemny zapach jedzenia. Myszka była już bardzo głodna, więc nie dawał jej on spokoju. Węch miała dobry i postanowiła iść za zapachem. Posilę się i pójdę dalej – powiedziała sobie w myślach.

Chwilę później Mysia znalazła się cieplutkiej, przytulnej norce, w której znalazła pyszne zapasy. Wiedziała, że to jedzenie i w ogóle cała norka należy do jakiegoś zwierzątka, ale była tak bardzo zmęczona i głodna, że troszkę zjadła i… usnęła.


Rozdział 3 Tak robią przyjaciele

Tymczasem niczego nie świadomy Karolek cieszył się, że pozbył się muchy.

– No w końcu! Chyba mi ta mucha już wyleciała z oka! Popatrz, myszko, to już tutaj, już widzę brzozowy gaj i jeziorko. Cudownie to wygląda, prawda? – zapytał Karolek Mysię. Ale odpowiedzi nie uzyskał. – Hej, Mysiu, co tam u ciebie? Zaniemówiłaś z wrażenia? – zażartował. Ale Mysia znowu nie odpowiedziała. – Hej, myszko, co ty się wygłupiasz? Odezwij się, proszę. Przecież nie mogę odwrócić głowy. Jesteś tam? – Kaczorek zaczął się delikatnie niepokoić. I znowu cisza… Karolek właśnie doleciał do brzozowego gaju i z ogromnym pluskiem wpadł w jezioro. Prawdę mówiąc, gdyby Mysia jeszcze na jego grzbiecie siedziała, to właśnie teraz wpadłaby do zimnej, głębokiej wody. – No, koleżanko, dość tych żartów! – Karolek naprawdę myślał, że Mysia się wygłupia. Teraz mógł bezpiecznie odwrócić główkę. – O rety! Mysiu! A gdzie ty jesteś? – kaczorek się wystraszył. Myszka nie żartowała. Jej tam naprawdę nie było! – Ależ to niemożliwe, żeby spadła! Przecież nikt nie lata bezpieczniej ode mnie! – Karolek zaczął się sam przed sobą tłumaczyć. – A może wpadła do wody, jak tu wylądowaliśmy? – I nie myśląc wiele, szybciutko zanurzył łebek pod wodę. Pływał tak z wypiętym kuperkiem kilka długich chwil. Niestety, myszki pod wodą nie było. – Dziwne, co się z nią stało? – Duma kaczorka nie pozwalała się mu przyznać do tego, że gdzieś podczas lotu mógł popełnić błąd. On naprawdę był przekonany, że leciał bardzo dobrze i spokojnie. Ale po chwili wpadł na pewien pomysł. – A może polecę z powrotem i jej poszukam? Może gdzieś sobie zeskoczyła? Ale tak bez pożegnania? No troszkę nieładnie, Mysiu. – Kaczorek wciąż absolutnie nie brał pod uwagę swojej winy w tym, że Mysia nie doleciała do brzozowego gaju. Plan miał dobry, ale podczas podwodnych poszukiwań Mysi zobaczył w jeziorku ryby. I poczuł głód. – Zaraz polecę, troszkę sobie tylko zjem. Mysi na pewno nic się nie stało. – Znowu zaczął kombinować. Oj, dawno już nie kąpał się w jeziorku. Bardzo się cieszył, że może się teraz trochę popluskać. I przy okazji napełnić pusty brzuszek. Kaczorek pływał po całym jeziorku, nurkował pod wodą i odpoczywał po podróży. – No dobrze, będę się zbierał, bo niedługo zrobi się ciemno i już w ogóle nie znajdę myszki. – I już miał wylatywać z brzozowego gaju, gdy usłyszał znajome odgłosy:

– Kwa! Kwa! Kwa! Kwa!

Karolek od razu rozpoznał to kwakanie. To byli jego przyjaciele: kaczor Henio i kaczor Irek. Słychać było, że humor im dopisywał. Cały czas głośno się śmiali i chyba nie zauważyli na dole Karolka, bo wylądowali tuż obok niego.

– Cześć! – odezwał się uradowany Karolek. – Ale spotkanie, kto by pomyślał?

– O, cześć, Karolku. – Przyjaciele przywitali go już z mniejszym entuzjazmem. – Co ty tu robisz?

– Ach, długa historia, ale oczywiście z wielką chęcią wam opowiem, bo wyobraźcie sobie, że leciałem tutaj nad jeziorko i wleciałem w chmurę dymu. – Niestety, zanim Henio i Irek zdążyli powiedzieć, że nie mają czasu na opowieść Karolka, ten był już w połowie opowiadania. – Tak mnie szczypały oczy, że spadłem na ziemię, bo nie mogłem ich otworzyć. No i wyobraźcie sobie, że na ziemi stało koło mnie jakieś zwierzę, duże z wielkim ogonem, ogromnymi oczami, wielkimi wąsiskami. Ale ja wcale a wcale się go nie wystraszyłem! – Karolek, jak to Karolek, zaczął mocno ubarwiać swoją historię. – I wyobraźcie sobie, że w sumie się z tym stworem zaprzyjaźniłem, nawet zabrałem go na swój grzbiet, żeby go tu do brzozowego gaju dowieźć, ale… gdzieś po drodze chyba mi spadł…

Historia kaczorka naprawdę zaciekawiła Henia i Irka.

– Spadł? A gdzie spadł? Wiesz, co się z nim stało? – dopytywali.

– Tego właśnie nie wiem. Ale zaraz go znajdę, zaraz polecę z powrotem i na pewno go znajdę! – rzekł stanowczo kaczorek.

– Karolku, a właściwie, to jakiego stwora zgubiłeś? – zapytał Henio, który stwierdził, że raczej musi chodzić o jakieś małe zwierzę, skoro Karolek zabrał go na grzbiet.

– No… kaczorek zorientował się, że chyba za bardzo ubarwił swoją opowieść. – No to była mysz… – rzekł cichutko, jakby chciał, żeby koledzy nie usłyszeli.

– Mysz? No coś ty! I niby to jest taki straszny stwór? – Kaczorki zaczęły się głośno śmiać. – Hahaha! Mysz!

– Ale to nie była zwykła mysz! – Karolek się oburzył, że ktoś ośmielił się podważyć jego męstwo. – Mysia była ogromna i miała ostre pazury i wielkie zęby!! – bronił swych racji.

– Mysia! Hahaha! Słyszałeś, Henio? Mysia! – Irek nie mógł opanować śmiechu.

Kaczorkowi zrobiło się przykro. Koledzy nie bardzo chcieli uwierzyć w jego opowieść i nie dostrzegli jego odwagi, w którą sam zaczął wierzyć, opowiadając tę historię.

– No nic, nie będę wam przeszkadzał. Lecę szukać mojej zguby – poinformował Karolek towarzystwo i pofrunął. Był już wysoko, a wciąż słyszał śmiechy Henia i Irka. – Ja im jeszcze udowodnię moją odwagę! Jeszcze się przekonają! – Postanowił sobie Karolek. – Ale teraz muszę znaleźć myszkę. O rety! Robi się ciemno! Muszę się śpieszyć. – I poleciał tam, skąd przyleciał. Leciał powoli, wytężał wzrok, rozglądał się wokoło. Miał ogromną nadzieję, że zobaczy swoją małą znajomą. Po spotkaniu z Irkiem i Heniem, uświadomił sobie, że dużo lepiej czuł się z myszką. Myszka się z niego nie śmiała, nie dokuczała mu i była dla niego miła. A te dwa kaczorki, które przecież znał od urodzenia, z którymi spędził tyle czasu, zachowały się wobec niego nieładnie. Jejku, chyba już nie znajdę dzisiaj Mysi – pomyślał kaczorek. Już trzeci raz lecę tą samą drogą i nigdzie jej nie widzę. – Postanowił zlecieć na ziemię i poszukać na piechotę. – Może akurat gdzieś ją zobaczę? – Niestety, po myszce nie było śladu. Zrobiło się już całkiem ciemno. Kaczorek naprawdę zaczął się martwić. – Mam nadzieję, że nic jej się nie stało, że znalazła jakieś ciche, spokojne miejsce i sobie po prostu śpi. Wrócę do brzozowego gaju, prześpię się trochę, a rano wstanę i będę jej szukał dalej. – Kaczorek szedł powoli, co jakiś czas wołając Mysię. Już naprawdę stracił nadzieję, że uda mu się znaleźć przyjaciółkę, gdy usłyszał znajomy głosik:

– Karolek? To ty, kaczorku?

Kaczorek się zatrzymał. Był bardzo zmęczony i pomyślał, że chyba mu się wydawało, że coś słyszał.

Ale głos znowu się odezwał:

– Karolku, ależ to ty! Poczekaj na mnie! – zawołał głosik.

– Mysia? – odparł zdumiony kaczorek.

– A niby kto? Ty łobuzie jeden! Jak mogłeś być tak nieostrożny! Jak mogłeś mnie zrzucić?! Obiecywałeś, że będziesz lecieć spokojnie! –  krzyczała myszka.

– Mysiu! Jak dobrze, że jesteś cała! Tak się o ciebie martwiłem! Ale jak to się stało, że spadłaś? Przecież ja tak uważałem! – Kaczorek próbował się bronić.

– Uważałeś? Jakbyś uważał, to byśmy razem dolecieli do brzozowego gaju! Nie pamiętasz, jak ci wpadła do oka mucha? To wtedy zleciałam. Strasznie trzepałeś łebkiem i nie mogłam się utrzymać – tłumaczyła Mysia.

– Ach, faktycznie. Mucha. No tak, to możliwe, że mogłaś wtedy spaść – odparł Karolek, choć w głębi duszy uważał, że wcale się tak nie wiercił i że myszka powinna się była mimo wszystko utrzymać. – Mysiu, ale jak ty się właściwie znalazłaś tu w brzozowym gaju? – zapytał zdziwiony.

– A jak się miałam znaleźć? Przyszłam! Na moich małych nóżkach przyszłam! – wyjaśniła stanowczo Mysia.

– To pewnie jesteś zmęczona i głodna, prawda?  – O dziwo, Karolek po raz kolejny szczerze zainteresował się samopoczuciem myszki.

– Nie, już nie jestem głodna. Wiesz, gdy tu dotarłam, byłam bardzo zmęczona i głodna. I chyba zrobiłam coś złego… – rzekła tajemniczo Mysia.

– Coś złego? – zapytał zaciekawiony Karolek. Nie mógł pojąć, co złego mogła zrobić taka mała myszka.

– Ukradłam komuś jedzenie – wyjaśniła poważnym tonem.

– Ukradłaś jedzenie? Jak to ukradłaś? Komu? – Karolek był naprawdę mocno zdziwiony.

– A żebym to ja wiedziała – odpowiedziała smutno myszka. – Po prostu szłam, poczułam zapach jedzenia i doszłam do takiej pustej norki, w której były czyjeś zapasy. I się poczęstowałam. A w zasadzie to ukradłam, bo tam nikogo nie było – wyjaśniła myszka.

– Acha, to poważna sprawa – powiedział Karolek, choć tak naprawdę, nie uważał, że Mysia powinna się przejmować jakimś jedzeniem, a już na pewno nie powinna była tego uważać za kradzież. Przecież była głodna, zmęczona, nikogo tu nie znała i nie miała gdzie się udać po pomoc.

– Wiesz, chciałabym przeprosić to zwierzątko, któremu zabrałam zapasy – powiedziała Mysia.

– Nie no, Mysiu, naprawdę? A jak ty zamierzasz się dowiedzieć, kto to taki? – Kaczorek nie mógł uwierzyć w to, co słyszy.

– Nie wiem jeszcze. Ale chyba pomyślę o tym jutro. Teraz powinniśmy się gdzieś zdrzemnąć. Niedługo będzie świtać – rzekła myszka.

– O tak, masz zupełną rację, Mysiu – ucieszył się Karolek, który był już naprawdę zmęczony.

Nowi przyjaciele znaleźli przytulne miejsce pod złamaną brzozą, tuż przy jeziorku.

Ułożyli się wygodnie do snu.

– Wiesz co, Karolku? Dziękuję, że mnie szukałeś. I że mnie znalazłeś – powiedziała Mysia ciepłym głosem.

Karolek bardzo się ucieszył z tego, co usłyszał. Mysia chyba go polubiła. I już mu nie wypominała tego strasznego upadku. Kaczorek czuł się przy niej dobrze, po prostu dobrze. Nie wiedział jednak, co powinien odpowiedzieć, więc powiedział cicho pod nosem:

– Tak robią przyjaciele.

I zasnęli.

Obudziło ich głośne stukanie dzięciołka.

– No, koleś, dałbyś pospać – mruknął kaczorek.

Ale dzięcioł oczywiście go nie słyszał i dalej zajmował się swoją pracą.

Gdy Karolek się całkiem obudził, zorientował się, że Mysi nie ma koło niego.

– Tylko nie to! Mysiu, gdzie ty się podziałaś? – zawołał głośno Karolek, który wystraszył się, że znowu zgubił przyjaciółkę. Nagle usłyszał szelest liści i zobaczył znajomy pyszczek. – Gdzie ty byłaś? – pytał przejęty.

– Karolku, już wiem, komu ukradłam dżdżownicę! To była norka krecika. I wiesz co? On jest bardzo zły o to jedzenie – oświadczyła myszka.

– Oj, to chyba niedobrze, ale mam nadzieję, że się nie przyznałaś, że to ty – stwierdził kaczorek, który już wiedział, że w razie czego i on będzie wplątany w całą sytuację.

– Nie, nie przyznałam się, nie mam odwagi – odparła smutno Mysia.

Karolek już chciał mówić myszce, żeby się nie przejmowała, że przecież nie stało się nic wielkiego, że najlepiej będzie, jak zapomni o całej sprawie, ale wiedział, że Mysia czuje i myśli inaczej. Nie odważył się więc powiedzieć tego, co naprawdę sądził.

– Mysiu, to może zrobimy tak. Znajdziemy dżdżownicę i zaniesiesz ją krecikowi. Może wtedy nie będzie na ciebie zły? – zaproponował Karolek.

– Karolku, ależ to jest świetny pomysł! – krzyknęła uradowana myszka. – Dziękuję!

Przyjaciele od razu zabrali się do poszukiwań. Szybko znaleźli dżdżownicę, którą owinęli w miękki listek. Potem podeszli cichutko pod norkę krecika.

– Cicho! Słychać jakieś głosy!  – rzekł kaczorek.

Faktycznie, koło norki krecika zebrało się sporo zwierząt i głośno nad czymś dyskutowały. Mysia zrozumiała, że rozmawiały o jej kradzieży.

– Nie bój się, Mysiu. Idź. Ja tu będę na ciebie czekał – powiedział ciepło Karolek, który zaczął podziwiać Mysię za jej odwagę i uczciwość.

– Dziękuję, Karolku.

– No idź już, idź – ponaglał myszkę.

Z bijącym sercem i wielkimi ze strachu oczami myszka podeszła bliżej zwierzątek i czekała na dobry moment, żeby przeprosić krecika.


Rozdział 4 Bohater

Gdy myszka wyjaśniła już sprawę kradzieży, poczuła ogromną ulgę. Bardzo się cieszyła, że mieszkańcy brzozowego gaju przywitali ją tak serdecznie. Z radością powiedziała:

– Ale wiecie, ja nie jestem tu sama. Jest ze mną mój przyjaciel. Karolku, chodź tu do nas. Chcę cię przedstawić naszym nowym znajomym.

Karolek ucieszył się na to zawołanie, bo przecież nie mógł już się doczekać, żeby opowiedzieć swoją wersję całej historii podróży Mysi.

Dzień dobry! – rzekł uradowany, gramoląc się zza krzaków.

Zwierzątka jeszcze nie zdążyły na powitanie odpowiedzieć, a kaczorek już opowiadał:

– Oj, to prawda, przeżyliśmy z myszką niebywałe przygody podczas tej podróży. Muszę wam powiedzieć, że…

Karolku! Poczekaj chwilkę!skarciła go Mysia. Myślę, że najpierw powinieneś się przedstawić i poznać zwierzątka!

Kaczorek zamilkł, popatrzył zdziwionym wzrokiem na myszkę i – o dziwo – nie wiedział, co powiedzieć!

Więc to jest właśnie Karolek. Jest strasznym gadułą, jak już pewnie zauważyliście – wyjaśniła Mysia.

– Cześć, kaczorku. – Jako pierwszy podszedł do niego dzięcioł. – Jestem Dzidek.

– Ach więc to ty dziś rano tak głośno stukałeś w drzewo, że nie mogłem spać! – wypalił Karolek.

– Ha! A mówiłam, że to twoje stukanie naprawdę czasem przeszkadza!podłapała temat wiewiórka. – Jestem Wicia – przedstawiła się energicznie.

Dzidek, zawstydzony przed nowymi przybyszami, usunął się troszkę na bok. Cóż miał począć? Przecież stukanie w drzewo to całe jego życie! Nie robi tego, żeby komuś dokuczać…

W tym momencie do Karolka podszedł krecik.

– Jeszcze nigdy nie widziałem z bliska kaczki. Masz przepiękne kolory – powiedział Kazio, próbując być miły. Niestety nie wiedział, że nazwanie Karolka kaczką, to nie najlepszy pomysł.

– No nie, tylko nie kaczka. Jestem kaczorek! Kaczki nie są tak kolorowe! – wyjaśnił oburzony.

– Oj, Karolku, daj spokój – powiedziała szybko Mysia.

Kaczorek znowu poczuł się skarcony przez małą przyjaciółkę. I gdyby nie to, że właśnie podeszła do niego Zojka, to pewnie by się na myszkę mocno obraził.

– To prawda, twoje piórka ślicznie mienią się w słońcu. Ale z ciebie szczęściarz. A tak w ogóle to jestem Zojka.

Teraz kaczorek był bardzo dumny i już nie pamiętał, że przed chwilą zezłościł się na Mysię. Co tam Mysia, skoro budzi zachwyt wszystkich zwierzątek!

– Faktycznie, nie każdy ma w sobie taki wdzięk i urok – stwierdził pewnym tonem kaczorek.

Mysia znowu popatrzyła na Karolka surowym wzrokiem i już miała mu zwrócić uwagę, gdy kaczorek – ku ogromnemu zdumieniu wszystkich – powiedział coś takiego:

– Ale wiesz co, Zojka, to nie jest ważne, jak wyglądamy. Czy mamy ładne piórka, czy piękny i puszysty ogonek. Ważne jest to, czy potrafimy być dobrzy dla innych.

Po tych słowach zapanowała cisza. Mysia aż przetarła oczy i uszy ze zdumienia.

Ona wiedziała, że w głębi duszy kaczorek jest dobry, ale nie spodziewała się, że powie coś takiego! Przecież odkąd go poznała, Karolek wiecznie się chwalił, wymyślał niestworzone historie, zwracał uwagę tylko na siebie, a tu taka niespodzianka!

Mieszkańcy brzozowego gaju też się bardzo zdziwili wypowiedzią kaczorka. Oni co prawda Karolka poznali przed chwilą, ale już zdążyli wyrobić sobie o nim, jakby to powiedzieć, nie najlepsze zdanie.

– Karolku, jestem z ciebie bardzo dumna! – powiedziała szczęśliwa myszka.

Karolek jaki był, taki był, ale zrozumiał milczenie zwierzątek i ich miny. Postanowił więc wyjaśnić, dlaczego tak uważa.

– Wiecie, miałem kiedyś dwóch przyjaciół. To też były kaczorki. Henio i Irek. Bardzo ich lubiłem. Lubiłem spędzać z nimi czas, bawić się, latać, kąpać się w jeziorku. I gdybym nie poznał Mysi, to dalej uważałbym, że to są moi najlepsi przyjaciele. Ale myszka nauczyła mnie tego, że przyjaciel to ktoś, kto się z nas nie śmieje, kto się nie obraża, kto potrafi wybaczyć. A Henio i Irek, no cóż… nie traktują mnie dobrze.

Mieszkańcom brzozowego gaju zrobiło się żal Karolka . Zrozumieli, że to dobry ptak, tylko nigdy wcześniej nie miał prawdziwych przyjaciół.

– A może pomożemy znaleźć myszce jakąś norkę? – zaproponował Dzidek, gdyż zauważył, że zwierzątka nie bardzo wiedziały, jak zareagować na wyznanie Karolka.

– No to chodźmy! – zawołał uradowany krecik. Kazio był na prawdę szczęśliwy i wdzięczny nowym przybyszom, że skutecznie odwrócili uwagę przyjaciół od jego nieładnego zachowania.

– Mysiu, popatrz. Tu jest świetne miejsce dla ciebie! – krzyknęła wiewiórka Wicia, pokazując małą norkę pod złamanym drzewem. – Myślę, że będzie idealna!

Myszka obejrzała wskazane miejsce i faktycznie stwierdziła, że lepszego domku nie znajdzie. Norka była czysta, duża, było w niej sporo tuneli i szczelin.

– Kaczorku, co myślisz o moim nowym domku? Podoba ci się to miejsce? – zapytała Mysia.

Ale Karolek nawet jej nie usłyszał. Był bardzo zajęty rozmową z nową przyjaciółką, Zojką. Kaczorek i zajączek stali z tyłu i co chwilę głośno się śmiali. Myszka stwierdziła, że nie będzie więc przeszkadzać. Cieszyła się, że Karolek w końcu znalazł zwierzątka, z którymi czuje się dobrze.

– To może oprowadzimy was po naszym gaju? I pokażemy jeziorko? – zaproponował jeżyk Jerzy.

– Tak, tak, bardzo chętnie pójdę nad jeziorko! – ucieszył się kaczorek. – Już tak dawno się nie pluskałem!

Przyjaciele wyruszyli w drogę w radosnym nastroju. Szli wąską, krętą dróżką, która doprowadziła ich do jeziora.

– Karolku, a może uda ci się złowić jakąś rybkę? – powiedziała Mysia, która wiedziała, że Karolek dawno już nic nie jadł.

Ale kaczorek nie odpowiedział.

Mysia nie przejęła się tym jednak. Pomyślała, że kaczorek jest zajęty rozmową z Zojką.

– Ale chwila, chwila. Przecież zajączek idzie koło mnie! Karolku, Karolku! Gdzie jesteś? – zawołała myszka, gdy się zorientowała, że kaczorka nigdzie nie ma.

Wśród zwierzątek zapanowało prawdziwe poruszenie. Nikt nie zauważył, że Karolek zniknął!

– To pewnie dlatego, że szliśmy gęsiego. A kaczorek był ostatni! – stwierdziła smutna Zojka.

– Racja! Źle zrobiliśmy, że pozwoliliśmy mu iść na końcu! – zauważyła Wicia. – Przecież on nie zna naszego gaju.

– No nic, trzeba działać, a nie siedzieć! – zadecydował dzięciołek. – Wy idźcie z powrotem tą dróżka, a ja polecę. Może z góry go gdzieś zobaczę.

Przejęte zwierzątka zawróciły. Szły, nawołując Karolka. Niestety, nigdzie nie było go widać.

– Dzidku, a co u ciebie? Widziałeś go może? – zapytała z nadzieją Zojka, gdy dzięciołek przelatywał tuż nad nimi.

– Nie, niestety nie. Ja go nigdzie nie widzę – odparł Dzidek.

– Och, kaczorku… – stęknęła smutno myszka.

Mieszkańcy brzozowego gaju wchodzili w każdą jamę, zaglądali pod każdą gałąź, szukali go nawet wysoko na drzewach, podnosząc łebki w górę. Ale po kaczorku nie było śladu.

Nagle…

– Jest tam! – zawołała Wicia. – Widzę go!

Wszystkie zwierzątka szybko pobiegły w miejsce, które pokazała wiewiórka.

Faktycznie, Karolek tam był. I choć nie mógł nie słyszeć nawoływań przyjaciół, to nie reagował. Stał nieruchomo tuż przy brzegu jeziorka i wpatrywał się w Henia i Irka. Tak, jego dawni przyjaciele świetnie bawili się w wodzie, wspominając ostatnie spotkanie z Karolkiem. Oczywiście, co chwilę głośno się z niego naśmiewali. Kaczorkowi zrobiło się bardzo przykro… W jego pięknych, ciemnych oczach pojawiły się łzy.

– Och, Karolku, jesteś! Ależ się o ciebie martwiłam! – zawołała myszka, gdy była już blisko niego.

Inne zwierzątka też głośno wyrażały swoją wielką radość.

– Nic ci się nie stało? Wszystko dobrze? Tak bardzo przepraszamy, że cię zgubiliśmy! – przekrzykiwały się nawzajem.

I tym głośnym, radosnym przywitaniem przyjaciela, zwróciły uwagę kaczorków: Henia i Irka.

– No nie wytrzymam! – zawołał głośno Henio. – Patrz, kto tam jest!

– Nasz łowca stworów i pogromca potworów! Hahaha! – zaśmiał się Irek.

– Hej, Karolku! I jak tam? Znalazłeś swoją zgubę? – naigrawały się kaczorki.

Mieszkańcy brzozowego gaju szybko zrozumieli, że te kaczorki, to pewnie Henio i Irek, o których wspominał Karolek. Nie wiedzieli jednak, dlaczego te kaczki tak bardzo się z niego śmiały. Dla nich takie zachowanie było nie do pomyślenia.

– Hej, hej! A wy co? Czemu dokuczacie Karolkowi? Ładnie to tak? – zawołała jako pierwsza Wicia.

– Właśnie! Jak można się tak zachowywać! Wstydzilibyście się! – wtórował zajączek.

Kaczorki mocno się zdziwiły na widok wiewiórki i zajączka i na chwilę przestały się śmiać. Ale tylko na chwilę.

– Hahaha! A co to za banda dziwadeł? Z kim ty się przyjaźnisz, Karolku? – Kaczorki śmiały się jeszcze bardziej! – A gdzie ta wielka i straszna mysz?

Karolkowi było bardzo smutno. Nie dość, że kaczorki znowu się z niego śmiały, to jeszcze teraz dokuczały jego nowym, wspaniałym przyjaciołom. Niestety, nie miał w sobie tyle odwagi, żeby się odezwać.

Za to odezwała się Mysia.

– A tu! Tu jestem! I to dzięki Karolkowi, bo pomógł mi w najgorszym momencie mojego życia. Zaopiekował się mną jak prawdziwy przyjaciel! Nie macie prawa mu dokuczać! – krzyczała głośno myszka.

Niestety, kaczorki w ogóle nie przejmowały się tym, co zwierzątka mówiły. A Mysia dodatkowo ich rozbawiła, gdyż miała wysoki i piskliwy głosik.

– Popatrz, Henio. Karolek został bohaterem! Kto by pomyślał! Taki tchórz! – żartował sobie Irek.

Wszyscy szybko zrozumieli, że ta dyskusja z kaczorkami nie ma sensu, bo bez względu na to, co powiedzą, to te paskudne kaczory i tak będą się z Karolka śmiać.

– Chodźmy już stąd – powiedział smutnym głosem Karolek.

Zwierzątka jednomyślnie odwróciły się od Irka i Henia i usiadły na ścieżce.

– Karolku, bardzo nam przykro z powodu tych kaczorów – rzekł jeżyk.

– Nieważne. Ważne, że mam was – powiedział Karolek, lekko się uśmiechając.

– Masz rację, Karolku. My nigdy nie zachowamy się wobec ciebie w ten sposób – zapewniła Zojka.

Karolek postanowił, że nie będzie się przejmować obecnością Irka i Henia i pójdzie z przyjaciółmi nad jeziorko.

Nie uszli jeszcze nawet kilku minut, gdy zobaczyli, że Irek i Henio wyszli z wody i idą prosto do nich.

Zwierzątka trochę się wystraszyły, ale stwierdziły, że po pierwsze jest ich więcej, a po drugie nie mogą przecież pokazać, że boją się dwóch kaczek!

Już z daleka było słychać śmiechy dwóch kolegów. Gdy byli już całkiem blisko Karolka, znowu zaczęli mu dokuczać.

– To może przedstawisz nas swoim nowym przyjaciołom? – zapytał ironicznie Irek.

– A może opowiemy twoim znajomym kilka historyjek z twojej ciekawej przeszłości? Wtedy pośmiejemy się wszyscy razem, co? – wtórował mu Henio.

Mieszkańcy brzozowego gaju mieli plan, żeby po prostu ominąć te źle wychowane kaczki, gdy nagle… zamarli w bezruchu. Okazało się, że naprzeciw nich, a tuż za Irkiem i Heniem, z krzaków wyszedł lis.

– Nie ruszajcie się! I cicho! – krzyknął Karolek.

Ale kaczorki nie zamierzały się go słuchać. Przecież tak bardzo podobało im się dręczenie Karolka.

– O, proszę! Nasz bohater zaczyna wydawać rozkazy! – śmiał się Henio.

Pozostałe zwierzątka zbladły ze strachu. Nie wiedziały, co teraz robić: czy uciekać (a jeśli tak, to gdzie), czy stać w bezruchu, czy ostrzec Irka i Henia, czy raczej w ogóle się nie odzywać.

Tylko Karolek zachował zimną krew. Pomimo ciągłych żartów Irka i Henia, stanowczym, ale niezbyt głośnym tonem powiedział:

– Ja nie żartuję. Nie ruszajcie się, bo za wami jest lis! – wyjaśnił.

– Lis? Dobre sobie! Lis! Słyszałeś, Irek? – śmiał się Henio.

Ale szybko śmiać się przestał, gdy zobaczył minę Irka. Bo Irek ukradkiem odwrócił głowę do tyłu i faktycznie zobaczył lisa!

– Aaaaa! Ratunku! Na pomoc! Lis, tu jest lis! – zaczęły krzyczeć oba kaczorki i biegać wkoło. Z tego całego strachu, zapomniały, że powinny po prostu szybko odlecieć.

A lis tylko czekał na takie zamieszanie. Wiedział już, że przestraszone zwierzątka stracą głowę i będą łatwym łupem. Szybko doskoczył do Henia i capnął go za skrzydełko.

– Irku, na pomoc! Ratuj mnie, przyjacielu, pomóż! – krzyczał Henio.

Ale Irka już nie było. Skorzystał z tego, że lis zajął się Heniem, i szybko schował się za drzewo. Pozostałe zwierzątka też pouciekały w krzaki.

Naprzeciw lisa został tylko Karolek. Bardzo się bał, ale mimo wszystko współczuł Heniowi. Niewiele więc myśląc, skoczył na lisa i zaczął go mocno dziobać po łebku. Mocno trzepotał swymi wielkimi, skrzydłami i głośno, bardzo głośno kwakał.

Lis próbował wystraszyć Karolka, ale że w pyszczku trzymał skrzydło Henia, to nie bardzo mu to szło. A Karolek nie odpuszczał! Skakał po lisie, krzyczał i dziobał.

Wszystkie zwierzątka nie mogły uwierzyć w to, co widzą! W końcu Dzidek wpadł na pomysł, że może pomóc. Podleciał do lisa od tyłu i z całej siły ukłuł go swoim długim dziobem w zadek.

Auuuuu! Auuuuu! – zawył głośno lis, wypuścił z pyszczka skrzydło Henia i uciekł szybciej niż kiedykolwiek wcześniej.

Poturbowany Henio podniósł się ze ścieżki, podszedł do Karolka i powiedział:

– Karolku, dziękuję. Ty naprawdę jesteś bohaterem. Znalazłeś prawdziwych przyjaciół i tego ci zazdroszczę – powiedział jeszcze i odleciał. Zranione skrzydełko sprawiało, że leciał bardzo powoli i nierówno. Co jakiś czas odwracał głowę na dół w stronę Karolka.

A Irek? Nikt nie wiedział, gdzie się podział. Po prostu uciekł.

Zwierzątka rozpływały się nad Karolkiem i jego odwagą.

– Karolku, to była najwspanialsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziałam! – zachwycała się Zojka.

– Nikt nie ma większej odwagi od ciebie! – krzyczała radośnie Wicia.

– Jestem dumny, że mogę mieć takiego przyjaciela! – powiedział Jerzy.

A Karolek odrzekł:

– E tam… bo ten lis to jeszcze mały był.

Mysia, która siedziała cicho w kąciku, bardzo wzruszyła się słowami Karolka. Podeszła do kaczorka i powiedziała:

– Nieprawda, Karolku, lis był duży. Był dużo większy od ciebie.

– Ale przecież… tak robią przyjaciele, prawda? – odparł skromnie Karolek.

– Tak, kaczorku. Masz rację – rzekła myszka, czując w sercu i dumę, i radość z tego, jak bardzo Karolek się zmienił od ich pierwszego spotkania.


Rozdział 5 Przyjaciółki z polanki

Zmartwiony Karolek zapytał:

– Mysiu, jesteś dziś jakaś smutna. Czy coś się stało?

– Właśnie nie wiem, czy coś się stało. Myślę o moich przyjaciółkach z polanki. Nie wiem, czy im też udało się uciec przed pożarem – wyjaśniła myszka, głośno wzdychając.

– To może powinnaś ich poszukać? – stwierdził kaczorek.

– Poszukać? Jak, kaczorku, mam ich poszukać? Nawet nie wiem, w którą stronę mogły pójść. Nie wiem, czy poszły razem, czy osobno. Czy w ogóle udało im się z tego dymu wyjść cało.

– Ale jak nie sprawdzisz, to się nie dowiesz, prawda? – rzekł z przekonaniem kaczorek.

– Prawda, prawda – przytaknęła Mysia. – Ale jak ja mam ich szukać?

– Trzeba tam wrócić. Tak się szuka – wyjaśnił zdecydowanie Karolek.

– Wrócić? Mam wrócić na polankę? Ale ja się boję tam wracać – rzekła cicho myszka.

– Mysiu, to decyduj się: albo wrócisz i sprawdzisz, co się dzieje, albo nie marudź – odpowiedział stanowczo kaczorek.

Mysia po cichu liczyła na takie właśnie słowa przyjaciela. Bardzo chciała wrócić na polankę i zobaczyć, co z niej zostało. Ale się bała. Obawiała się też, że kaczorek stwierdzi, że to nierozsądny pomysł. A tu on powiedział to, co tak bardzo chciała usłyszeć!

– Karolku, a poszedłbyś ze mną na polankę? – zapytała myszka z wielką nadzieją w głosie.

– Oczywiście, że wybiorę się tam z tobą. Przecież nie będziesz znowu szła na tych maleńkich nóżkach. Polecisz na moich skrzydłach – rzekł wesoło Karolek.

– Na skrzydłach… Mam tylko nadzieję, że tym razem dolecimy bez przeszkód – powiedziała myszka, starając się również uśmiechać. Bo przecież na samo wspomnienie upadku z grzbietu kaczorka robiło jej się słabo.

– To kiedy lecimy? Może od razu? – zaproponował Karolek.

– W sumie możemy. Powiem tylko Wici, że nas nie będzie, żeby się nie martwili.

I polecieli…

A tymczasem w okolicach spalonej polanki

– Tu się nie da już żyć! Ja uważam, że powinnyśmy stąd iść jak najdalej – głos kuropatwy Kaliny był bardzo stanowczy.

– Iść? A gdzie niby mamy iść? Ja uważam, że należy poczekać. Za jakiś czas nasza polanka znowu będzie piękna! – Jaszczurka Joasia była zupełnie innego zdania.

– Ale za jaki czas? Co będziemy tu jeść? Gdzie będziemy mieszkać? – pytała Kalina. – Jeśli nie chcecie stąd iść, pójdę sama!

– Żanetko, a ty co myślisz? Też uważasz, że powinnyśmy stąd iść? – zapytała Joasia żabkę z nadzieją, że ta ją poprze.

– Hm… no ja to nie wiem. Mogłabym w sumie poszukać nowego domu, ale ja przecież daleko nie zajdę, więc nie wiem, czy to dobry pomysł – wyjaśniła flegmatycznie żabka Żanetka.

– No widzisz! Ja też daleko nie dojdę! – Jaszczurka podłapała argumentację żabki. – Ty jesteś mądra, bo masz skrzydła i możesz sobie podlecieć! – Joasia głośno walczyła o swoje.

– Przestańcie się wreszcie kłócić! Uszy już puchną od tych waszych dyskusji. – Zza krzaków przybiegła łasica Łajka. – Słychać was koło starego dębu!

Na te słowa łasicy kuropatwa i jaszczurka zamilkły. Łasica była stanowcza. I choć zwierzątka z polany nie za bardzo ją lubiły, to jednak liczyły się z jej zdaniem. Łajka zwiedziła sporo świata. Umiała żyć i w lesie, i na polance. A nawet blisko ludzi. Była odważna i waleczna. Tylko niestety nie była miła…

– Ale, Łajko, ja naprawdę uważam, że nie damy tu rady dłużej żyć. Że powinnyśmy poszukać innego miejsca na nowy dom – wyjaśniła spokojnie kuropatwa Kalina.

Jaszczurka Joasia postanowiła, że już nie będzie się odzywać, choć miała na to wielką ochotę. Trochę obawiała się jednak reakcji Łajki.

– To prawda. Musimy stąd iść. Przeszłam teraz całą polankę. Nie znalazłam Mysi – ani żywej, ani martwej. Nie wiem, co się mogło z nią stać. Ale teraz mniejsza z tym. Jeśli tu zostaniemy, umrzemy z głodu. – Łajka wyjaśniła zdecydowanym tonem.

Jaszczurka zachwycona wizją podróży nie była, ale cóż… Już wiedziała, że jeśli nie pójdzie z nimi, to zostanie sama. A sama zostać nie chciała.

– Tylko że ja daleko nie doczłapię. Ze mną to wy będziecie się gramolić i gramolić – powtórzyła swoje obawy Żanetka.

– Och, przestań, żabko! – krzyknęła łasica. – Nie mamy wyjścia. Szybko czy wolno musimy stąd ruszać. I to najlepiej od razu. Idziemy!

Po takim komunikacie zwierzątka ustawiły się w szeregu. Popatrzyły jeszcze tylko na swoją polankę, na miejsce, w którym razem spędziły tak wiele wspaniałych chwil. I choć podróż w nieznane wcale nie była tym, na co miały ochotę, to jednak rozumiały, że tak postąpić trzeba. Nawet Joasia.

Więc ruszyły w drogę wąską dróżką.

Tymczasem w górze

– Karolku, ależ tu jest przepięknie! Bardzo ci zazdroszczę tego, że potrafisz latać – zachwycała się widokami Mysia.

Był słoneczny dzień, wiał leciutki wiaterek, a ona szybowała po niebie niczym najprawdziwszy ptak. W tym zachwycie zapomniała już o poprzednim upadku i nawet przestała się bać.

– O! Widzę polankę – rzekł Karolek. – Już za chwilę będziemy na miejscu, Mysiu.

A w tym czasie na dróżce

– Ależ mnie bolą nogi, proszę, odpocznijmy sobie trochę! – marudziła Joasia. Prawdę mówiąc, nogi jeszcze jej tak bardzo nie bolały, ale chciała pokazać wszystkim, że jej opór wobec tej podróży był uzasadniony.

Do niej dołączyła żabka Żaneta:

– Właśnie, mnie też już nogi bolą, usiądźmy na chwilę. Przecież nigdzie się nam nie śpieszy.

– Nie śpieszy?! Jak to nie śpieszy! A gdzie będziemy niby spać? Tu na tej dróżce? – Łasica Łajka nie lubiła marudziarzy. – Jak chcecie, to sobie odpoczywajcie, ja idę dalej!

– Ja też idę dalej! – wtórowała jej Kalina. Kuropatwa od dawna podziwiała Łajkę za jej odwagę i stanowczość. Choć ta stanowczość sprawiała, że kuropatwa po prostu się łasicy bała. Teraz Kalina była zachwycona, że łasica myśli tak samo jak ona.

– No nie… – stęknęły cicho jaszczurka i żabka. I poszły dalej za kuropatwą i łasicą.

Były małe i wiedziały, że bez pomocy koleżanek nie będą bezpieczne podczas takiej wyprawy.

Nagle Łajka krzyknęła:

– Cicho! Coś słyszę!

Kalina, Żaneta i Joasia zamarły w bezruchu. Wiedziały, że łasica zawsze jako pierwsza wykrywała jakieś zagrożenie.

Zwierzątka stały na środku dróżki i nasłuchiwały. Faktycznie, było słychać jakieś dziwne odgłosy, których nie mogły zrozumieć.

– Ptak! Tam leci jakiś ptak! – krzyknęła wystraszona jaszczurka, która właśnie zobaczyła w górze Karolka.

– Ptak! O rety! Na pomoc, ptak, ptak! – Jeszcze głośniej krzyczała Żaneta, która też za żadne skarby nie chciałaby się spotkać z tym ptakiem.

W tym całym zamieszaniu, nawet kuropatwa Kalina wpadła w popłoch, choć przecież sama była ptakiem i żadna kaczka nie była dla niej zagrożeniem. Biegała w kółko i krzyczała:

– Ptak, ptak! Co robić? Gdzie się chować?

Tylko Łajka, jak zawsze, zachowała spokój.

– Co wy wyprawiacie! Żaneta, Joaśka chować się szybko pod krzaki. I cicho! Bo nas usłyszy!

Zwierzątka oczywiście w jednym momencie znalazły się pod krzakiem. Siedziały wtulone w siebie tak cichutko, że było słychać, jak biją im serduszka.

A u Karolka i Mysi

– Faktycznie, widzę już polankę – potwierdziła Mysia.

Miejsce wypalonej przez ogień polanki wyglądało z góry okropnie. W miejscu, gdzie kiedyś był domek Mysi, teraz była szaro–czarna plama. Ogromna, paskudna, śmierdząca spalenizną plama.

Mysi na ten widok łzy stanęły w oczach. Tym bardziej że podczas całej podróży nigdzie nie zauważyła swoich przyjaciółek: ani żabki Żanety, ani jaszczurki Joasi, ani łasicy Łajki, ani kuropatwy Kaliny.

– No to trzymaj się teraz mocno, myszko. Będziemy lądować na ziemi – powiedział kaczorek i zaczął frunąć na dół w okolice polanki.

A pod krzaczkiem

– Uff, poleciał. Nie zauważył nas. Wychodzimy – zarządziła Łajka. Od razu, na wszelki wypadek, powiedziała: – Dziewczyny, tak na przyszłość. Jeśli jeszcze raz zdarzy się taka sytuacja, jakieś niebezpieczeństwo, to nie chce słyszeć krzyków i biegania! Macie się natychmiast chować w krzaki! Zrozumiano?!

– Tak, tak. Rozumiemy. Będziemy pamiętać – potwierdziły wszystkie po kolei: i Joasia, i Żanetka, i Kalina.

– To idziemy dalej – rzekła Łajka.

Nie uszły zbyt wiele, jak znowu Joasia i Żaneta zaczęły prosić:

– Hej, dziewczyny, poczekajcie, zatrzymajmy się tu na chwilę. Nas już naprawdę nogi bolą, prosimy…

– No dobra, w sumie możemy chwilę odpocząć – odrzekła Łajka.

I tak przyjaciółki z polanki zaczęły się wygrzewać na ciepłym słoneczku. Patrzyły na piękne błękitne niebo, po którym wolno przesuwały się białe chmury. Odnajdywały w nich różne kształty i miały przy tym świetną zabawę.

– O, widzę mysz! Tam jest taka mysz jak… nasza Mysia – zauważyła Łasica.

Wszystkie zwierzątka posmutniały. Nawet Łajka, która w zasadzie nigdy nie pokazywała uczuć.

– Gdzie ty, Mysiu, jesteś? Co się z tobą stało? – zapytała Kalina.

– Ale koniec już tego leżenia. Pora w drogę – zdecydowała Łajka, która nie lubiła nad niczym i nikim się rozczulać.

I ruszyły w dalszą drogę.

Łasica szła oczywiście jako pierwsza, tuż za nią podążała Kalina, która uwierzyła, że podczas tej podróży może bardziej zaprzyjaźnić się z łasicą. A w pewnej odległości za nimi podążały umordowane Żanetka i Joasia.

– Wiedziałam, że ta podróż będzie dla nas za trudna! Ale nas przecież nikt nigdy nie słucha! – marudziły pod nosem żabka z jaszczurką.

– Co się znowu tak wleczecie! Szybciej. Niedługo zacznie się ściemniać! – poganiała ich Łajka.

Szybciej, szybciej! – przedrzeźniała ją Joasia.

Przyjaciółki podeszły w końcu pod wielki las. Ten sam, w którym znalazła się Mysia po upadku z kaczorka. Był on naprawdę duży i nawet w dzień wyglądał przejmująco i groźnie.

Oczywiście wszystkie zwierzątka, poza Łajką, bały się do niego wejść.

– Dziewczyny, dajcie spokój. Czego się boicie! Las jak las! Co wy, w lesie nigdy nie byłyście?! – złościła się Łajka.

– Nie, w takim dużym nie byłam! Ja się boję! – odpowiedziała Joasia.

– Ja też się boję, tam na pewno są jakieś zwierzęta, które mogą nas zaatakować! – Z pomocą Joasi przyszła wystraszona Żaneta.

Tylko Kalina się nie odzywała. Bała się tak samo jak żabka i jaszczurka, ale nie chciała się do tego przyznać. Chciała, żeby Łajka w końcu ją doceniła.

– Dobra. Zrobimy tak. Wy tu poczekacie, a ja pobiegnę do lasu i się rozejrzę – oświadczyła Łajka.

– Świetny pomysł! – odpowiedziała szybko Kalina, ucieszona, że nie musi iść do lasu.

Żaneta i Joasia uradowały się jeszcze bardziej.

Łasica była naprawdę odważna i sprytna. Była pewna, że szybko się rozejrzy i wróci po koleżanki.

Czas jednak mijał, a łasicy nie było.

– Czemuż jej tak długo nie ma? – zastanawiały się zwierzątka.

– A może ona nas po prostu zostawiła i poszła dalej sama? – zapytała głośno Kalina.

– Ależ tak, na pewno tak zrobiła. Miała pewnie już dość waszego marudzenia! – Kuropatwa złościła się na żabkę i jaszczurkę. – I co teraz? Co my same bez Łajki zrobimy?

– O rety, nawet tak nie mów! To niemożliwe. Łajka na pewno by nas samych tu nie zostawiła! – tłumaczyła jaszczurka Joasia. Jednak w myślach sama przed sobą przyznała, że tak naprawdę mogło się tak stać. Przecież Łajka nigdy aż tak bardzo nikim się nie przejmowała.

– Aleśmy sobie kłopotu narobiły… – powiedziała Żaneta, która bardzo mocno uwierzyła w swoją winę.

Nagle zwierzątka usłyszały pisk Łajki:

– Aaaaaa! Ałaj! Ratunku! Na pomoc! Dziewczyny, jesteście tam?! Pomóżcie mi! – krzyczała Łajka.

Zwierzątka struchlały. Z jednej strony wiedziały, że powinny biegusiem polecieć do łasicy, żeby jej pomóc. Z drugiej jednak strony tak bardzo bały się tego lasu…

– No i co teraz? Co my mamy robić? – pytała nerwowo kuropatwa.

– Jak to co! Musimy jej pomóc – odpowiedziała stanowczo żabka Żanetka.

Ta stanowczość bardzo zadziwiła Joasię i Kalinę, gdyż Żanetka zazwyczaj była najmniej odważna i nigdy nie podejmowała samodzielnych decyzji.

– Ale nie boisz się? Przecież tam również nam może się coś stać! – Kalina wciąż miała wątpliwości.

– Pewnie, że się boję. Ale co, mamy tak tu stać i słuchać, jak jej się dzieje krzywda? – zapytała Żanetka. – Róbcie co chcecie, ja idę!

Chcąc nie chcąc, jaszczurka i kuropatwa poszły za żabką w stronę lasu.

A tymczasem na polance

– Popatrz, Karolku, tutaj miałam domek – powiedziała Mysia, pokazując małą dziurkę w ziemi.

Karolek nic się nie odzywał. Wiedział, że wspomnienia, z którymi musi się teraz mierzyć mała myszka, są na prawdę przykre i bolesne.

– Nic nie zostało. Ogień spalił wszystko. O, popatrz, tutaj mieszkała łasica Łajka. Nigdy jej jakoś za mocno nie lubiłam, ale teraz dałabym wszystko, żeby móc ją zobaczyć żywą – westchnęła Mysia. Z bliska widok polanki był jeszcze gorszy i smutniejszy niż z góry. Wszędzie leżały spopielone gałęzie, spalona ziemia cuchnęła okropnym swądem. Niestety, nigdzie nie było znajomych Mysi. – Karolku, ale jeśli ich tu nie ma, to może zdążyły gdzieś uciec, gdzieś się schować, tak jak ja, prawda? – zapytała Mysia z nadzieją.

– Może i tak – odpowiedział kaczorek. – Mysiu, myślę, że nie ma sensu stać na tej polance. Tu nikogo nie ma. Chyba trzeba poszukać twoich przyjaciółek gdzie indziej. Gdzieś poza tą polanką – powiedział Karolek, który wiedział, że musi jak najszybciej zabrać myszkę z tego smutnego miejsca. – Wskakuj na grzbiet i polecimy ich szukać dalej.

– Masz rację, kaczorku. Lećmy dalej – rzekła mysia, wdrapując się na Karolka.

A w ciemnym, wielkim lesie

– Pomocy! – Łajka wciąż nawoływała swe przyjaciółki. – Nie bójcie się, ja jestem tu sama!

– Och, słyszałyście! Jest sama. To super, chodźmy więc szybciej – rzekła Joasia, która nagle nabrała więcej odwagi.

– Łajko, Łajko, gdzie jesteś? – krzyczała głośno żabka, próbując odnaleźć łasicę.

– Tutaj, tutaj! Chodźcie szybciej! – Głos łasicy był już troszkę spokojniejszy.

Przyjaciółki szły za głosem Łajki. Przedzierały się przez gęste krzaki, raniąc się w stópki cienkimi igiełkami drzew. Nie zwracały jednak teraz na to uwagi, bo rozumiały, że łasica ma większe problemy. Drzewa zaczęły się jakby przerzedzać, aż w końcu zwierzątka dotarły na małą łąkę, na której rosło jedno drzewo. Ale łasicy nie było nigdzie widać…

– Hej, Łajka, gdzie ty jesteś? Odezwij się! – zawołała Kalina.

– Tutaj, tutaj! Jestem w jakimś dole. Jest tak wąski, że nie mogę się ruszyć – odpowiedziała Łajka.

– No to szukamy dołu! – rzekła Joasia. – Tylko uważajmy, żebyśmy same do niego nie wpadły.

I poszły na poszukiwania dołu i łasicy. Szły powoli i ostrożnie, uważając na każdy krok, jaki stawiały.

– O, jest! Jest Łajka! – krzyknęła kuropatwa.

Żanetka i Joasia szybko do niej podbiegły. Faktycznie, w dole siedziała uwięziona Łajka. Dół był bardzo głęboki i wąski. Na samym dnie było błoto, które dodatkowo uniemożliwiało łasicy wyjście.

– Jesteście! Super. Nie mogę się ruszyć. Pomóżcie mi… – Łasica jeszcze nigdy nikogo nie prosiła o pomoc. Zawsze to ona była najsprytniejsza i zawsze sama radziła sobie z wszelkimi problemami. Czuła się więc teraz bardzo nieswojo.

– Ależ oczywiście, pomożemy ci, ale nie wiemy jak – powiedziała przejęta Kalinka.

Wiedziała, że ma teraz możliwość zdobyć zaufanie Łajki, a nawet jej wdzięczność. Ale nic mądrego nie przychodziło jej do głowy.

Żabka i jaszczurka też bardzo chciały pomóc, ale one były malutkie. Więc już w ogóle nie miały pomysłu na to, jak mogą się teraz łasicy przydać.

Za to Łajka wiedziała, co należy zrobić.

– Posłuchajcie. Musicie znaleźć jakiś długi sznur, po którym się wespnę – wyjaśniła łasica.

– Sznur? Sznur? – pytała Joasia. – Jaki sznur?

– Nie wiem jaki, jakikolwiek! – krzyknęła Łajka. – Proszę, pośpieszcie się!

Zwierzątka dalej nie bardzo wiedziały, skąd mają wziąć sznur, ale już bały się pytać Łajki. Postanowiły poszukać czegoś przypominającego sznur.

– To ja pójdę tam na prosto, ty, Żanetko, idź na prawo, a ty, Kalinko, w lewo – zarządziła Joasia.

Koleżanki rozeszły się w trzy strony łąki i zaczęły poszukiwać sznurka. Lub czegoś podobnego. Na łące niestety nie znalazły nic, co mogłoby się im przydać. Wróciły zmartwione i zarazem przestraszone spodziewaną reakcją łasicy.

– Łajko, no nie możemy znaleźć żadnego sznurka… – rzekła drżącym głosem Żanetka.

– No to poszukajcie jakiejś gałęzi, długiej gałęzi! – huknęła z dołu Łasica, aż zwierzątkom stojącym na górze zagrzmiało w uszach.

Jaszczurka Joasia już tego nie wytrzymała:

– Wiesz co, Łajka, mogłabyś być trochę milsza. Przecież chcemy ci pomóc. To nie nasza wina, że na łące nie ma sznurków!

Łasica jednak nic się nie odezwała. Wiedziała, że jaszczurka Joasia powiedziała prawdę. To ona sama wpakowała się w te kłopoty i nie miała prawa krzyczeć na przyjaciółki, które naprawdę chciały jej pomóc. Były tylko przy tym trochę nieporadne. Ale Łajka jeszcze nigdy, ale to nigdy wcześniej nikogo nie przepraszała. Nawet gdy powinna była to zrobić. Teraz też jakoś słowo przepraszam nie mogło się jej przez usta przecisnąć.

– Dobra, chodźmy, poszukamy gałęzi – rzekła kuropatwa Kalinka, próbując rozładować nerwową sytuację.

– Tylko że po gałęzie, to trzeba wejść z powrotem do tego lasu – bąknęła jaszczurka tak, aby Łajka jej nie usłyszała.

– Trudno, innego wyjścia nie ma – powiedziała Żaneta.

I razem poszły poszukiwać gałęzi. To zadanie było już proste – w lesie szybko odnalazły gałąź. Problem pojawił się potem.

– No tak, ale jak my teraz mamy tę gałąź przynieść pod Łajkę? – zapytała Żanetka.

Faktycznie, gałąź była spora, a jaszczurka i żabka malutkie. Kuropatwa z kolei może by i dziobkiem gałąź złapała, ale sama jej do dołu nie dałaby rady dociągnąć.

– I co teraz zrobimy? – spytała Joasia.

– Nie mamy wyjścia, musimy to jakoś wspólnymi siłami tam dotargać – stwierdziła kuropatwa. – Zrobimy tak: ja złapię gałąź w dziobek i będę ją ciągnąć, a wy jakoś próbujcie ją popychać. Może się uda.

Jak pomyślały, tak zrobiły. Powolutku zaczęły przeciągać gałąź po ziemi. Ale lekko nie było. Gałąź co chwilę zahaczała o jakieś krzaki. Co chwilę wypadała Kalinie z dziobka.

– Nie, to nie ma sensu! – Kalina się poddała. – Nie damy rady tego tam dotargać. Jesteśmy za małe.

Kalina, Joasia i Żaneta rozejrzały się dookoła. Co prawda wyszły już z lasu, były już na polance, jednak do dołu, w którym była uwięziona łasiczka, była jeszcze długa droga.

– Ale przecież tak jej nie zostawimy, prawda? Nie możemy! Musimy jej pomóc – rzekła Żaneta.

– Dobrze, spróbujmy jeszcze trochę – powiedziała Kalina i znowu złapała w dziobek gałąź.

A co z Karolkiem i Mysią?

– Mysiu, myślę, że powinniśmy już wracać. Niedługo będzie ciemno, a twoich przyjaciółek nigdzie nie widać. Może wrócimy tu jutro i poszukamy jeszcze raz? – zaproponował kaczorek.

– Chyba masz rację. To dobry pomysł – powiedziała myszka. Ona chciałaby jeszcze zostać i szukać przyjaciółek, ale rozumiała, że jak zastanie ich noc, to sami będą mieć problem, żeby bezpiecznie do domu wrócić.

Więc zawrócili w stronę brzozowego gaju.

A na polance

– Proszę, odpocznijmy troszkę – prosiła Joasia, która naprawdę była zmęczona pchaniem dużej gałęzi.

– Masz rację. Odpocznijmy – potwierdziły Żaneta i Kalina. – Jesteśmy już w połowie drogi.

Niestety, jeszcze nie zdążyły sobie usiąść, gdy nagle usłyszały dziwny odgłos.

– Hej, słyszycie to? – zapytała Żanetka.

– Tak, słyszę. Ale co to jest? – zdziwiła się Joasia.

– Ależ to jest ten sam odgłos, co wcześniej. To ptak! Leci tu ten ptak! – krzyknęła Żaneta. – Uciekajmy do lasu!

I wszystkie trzy zaczęły w popłochu uciekać w stronę lasu. Niestety, znowu narobiły przy tym zamieszania i wrzasku. Wrzasku, który usłyszeli Karolek i Mysia.

– Karolku, słyszałeś coś? – zapytała podekscytowana Mysia.

– Tak, myszko, chyba właśnie słyszałem czyjeś głosy! – potwierdził kaczorek.

– Leć wolniej i może troszkę niżej – poprosiła Mysia.

Gdy podlecieli bliżej ziemi, myszka rozpoznała swoje przyjaciółki.

– Karolku, są! To one! Widzę kuropatwę Kalinę. Sfruń tam na dół na tę polankę, szybko! – krzyczała uradowana Mysia.

Niestety, koleżanki nie widziały Mysi na grzbiecie Karolka. Zobaczyły tylko tyle, że ten ptak zaczyna lecieć w ich stronę, i mało co nie umarły ze strachu. Szczególnie Joasia i Żanetka. Tak szybko, jak tylko umiały, pobiegły do lasu.

Gdy kaczorek wylądował już na ziemi, Mysia zaczęła głośno wołać kuropatwę:

– Kalinka, gdzie jesteś? To ja, Mysia. Proszę, pokaż się – wołała głośno myszka.

– Mysia? – zdziwiła się Kalina. – Dziewczyny, widzicie? Tam jest Mysia, nasza Mysia!

Zwierzątka pędem wybiegły z powrotem z lasu na spotkanie z myszką. Jednak nie miały odwagi podejść do kaczorka. Myszka szybko je zrozumiała. Sama przecież długo bała pokazać się Karolkowi.

– Hej, nie bójcie się, podejdźcie do mnie. To jest mój nowy przyjaciel, który pomógł mi po pożarze naszej polanki. Ma na imię Karolek i nie zrobi wam krzywdy – zapewniała Mysia.

Po tych słowach, zwierzątka szybko podbiegły do myszki. Tak bardzo się cieszyły z tego spotkania! Po pierwsze dlatego, że w końcu odnalazły Mysię, a po drugie wiedziały, że myszka może im pomóc wyciągnąć Łajkę z dołu.

– Ale gdzie jest Łajka? – zapytała Mysia.

– Łajka też jest z nami. Tyle że mamy z nią pewien problem… – wyjaśniła Joasia.

– Jaki problem?

– Otóż Łajka wpadła do dołu. O tam. – Pokazała Kalina. – I nie bardzo umiemy jej pomóc. Znalazłyśmy już gałąź, żeby Łajka mogła się po niej wspiąć, ale jest ona dla nas zbyt ciężka i nie możemy jej do tego dołu dociągnąć.

Myszka szybko podbiegła do dołu.

– Łajka! Nie bój się, zaraz ci pomożemy stad wyjść – rzekła Mysia.

– Mysia? A skąd się tu wzięłaś? Myślałam, że nie udało ci się uciec z pożaru. – Łasica ucieszyła się na widok myszki.

– Łasiczko, potem ci opowiem moją historię. Teraz musimy cię stąd wyciągnąć. Pomoże nam kaczorek, mój nowy przyjaciel – powiedziała myszka i zaraz zabrała się do pracy.

– Kaczorek? – zapytała zdziwiona Łajka.

Ale myszka już nie słyszała tego zapytania. Razem z Karolkiem stali już koło gałęzi.

Karolek poczuł, że to on musi pokierować dalej doniesieniem gałęzi. Był przecież największy i najsilniejszy ze wszystkich zwierzątek.

Szybko więc porozdzielał zadania.

– Ja złapię gałąź z przodu, a ty, kuropatwo, złapiesz ją z tyłu i podlecimy ten kawałek do łasicy – oświadczył. – A wy szybko biegnijcie do dołu – powiedział do Mysi, Żanety i Joasi.

Wszystkie zwierzątka oczywiście bez dyskusji posłuchały kaczorka, który wydał im się bardzo mądry i silny.

Gdy już wszyscy byli koło dołu, Karolek powiedział:

– To teraz wpuścimy powoli gałąź do dołu. Tak mocno jak tylko umiemy, musimy wszyscy tę gałąź trzymać. Zaczynamy! – zarządził kaczorek.

Gałąź faktycznie powoli zsuwała się do dołu, w którym była uwięziona łasica.

Zwierzątka starały się z całych sił, aby gałąź im się nie wyślizgnęła.

– Jeszcze troszkę, jeszcze troszkę! – wołała z dołu łajka. – Już zaraz ją złapię!

Nagle zwierzątka poczuły lekkie szarpnięcie i za chwilę zobaczyły Łajkę.

– Jesteś! Ach, Łajko, ależ się cieszymy, że jesteś cała i zdrowa! – ucieszyły się zwierzątka.

– Ja też jestem bardzo szczęśliwa! Już zaczęłam się bać, że będę musiała spędzić w tej pułapce całą noc! – powiedziała łasiczka. – Cieszę się, że mi pomogliście.

– Wiesz, Łajka, tak robią przyjaciele – stwierdziła Mysia, uśmiechając się do Karolka.

Łajka czuła, że powinna podziękować swym przyjaciołom, a Żanetkę, Joasię i Kalinę przeprosić za swoje niemiłe zachowanie. Ale tak ciężko było jej to zrobić…

W końcu jednak powiedziała:

– Posłuchajcie, chcę wam wszystkim bardzo, bardzo podziękować. Wiem, ile wysiłku kosztowała was ta pomoc.

Zwierzątka zerknęły po sobie nawzajem, bo po raz pierwszy słyszały od łasicy takie słowa. A ona powiedziała jeszcze:

– Ale chcę was też bardzo przeprosić. To znaczy ciebie, Żanetko, Kalino i Joasiu, że byłam dla was taka niemiła. Nawet wtedy, gdy siedziałam uwięziona w tej dziurze. Przepraszam i mam nadzieję, że nie będziecie mi tego długo pamiętać.

Teraz zwierzątka już w ogóle wpadły w zdziwienie. Łajka ich przeprosiła! Łajka, ta Łajka! Ta która zawsze wszystko robiła najlepiej, która zawsze wszystko wiedziała najlepiej, która nigdy z nikim specjalnie się nie liczyła i która nigdy nie okazywała nikomu jakiejkolwiek sympatii.

– Nie ma sprawy, Łajka. Ale teraz musimy się stąd zbierać, bo niedługo będzie ciemno – stwierdziła szybko Joasia.

– Ale niby gdzie mamy się zbierać? My nie wiemy, dokąd pójść. Musimy dopiero znaleźć jakieś schronienie – wyjaśniła łasica.

– To poszukacie go sobie jutro. Dziś zapraszamy was do siebie. Do brzozowego gaju. Prześpicie się, odpoczniecie, a potem zadecydujecie, co dalej – zaproponował Karolek.

– Naprawdę możemy zatrzymać się u was? To wspaniale! – ucieszyły się zwierzątka z polanki.

– Ale chwila. Jak my się tam dostaniemy? – zapytała Żanetka, która naprawdę nie miała już siły na dalszą podróż.

– Tak jak Mysia. Ja zabiorę na grzbiet Mysię i żabkę. A kuropatwa zabierze jaszczurkę – oświadczył Karolek.

– A łasica? – zapytała Kalina.

– O mnie się nie martw. Ja pójdę pieszo. Bez was dojdę do brzozowego gaju naprawdę szybko – powiedziała Łajka z uśmiechem na ustach . – Tylko, proszę, Karolku, leć wolniej, żebym nie straciła cię z oczu.

– Jasne, będę o tobie pamiętał – odrzekł kaczorek.

I wszyscy polecieli w stronę brzozowego gaju.

Mysia była najszczęśliwszą myszką na świecie. Odnalazła swych bliskich z polanki i zyskała nowych, wspaniałych towarzyszy w brzozowym gaju. Na własne oczy widziała wielką przemianę Karolka – z gadatliwego chwalipięty w mądrego, życzliwego i odważnego przyjaciela. Słyszała przeprosiny Łajki, zobaczyła odwagę małej jaszczurki i żabki.

A Karolek? Karolek – podobnie jak przyjaciółki Mysi z polanki – również zamieszkał w brzozowym gaju. Znalazł piękne miejsce tuż obok jeziorka i w końcu codziennie mógł się w nim pluskać do woli. Czasami zastanawiał się, co się stało z Irkiem i Heniem. Ale nie tęsknił za nimi. Wiedział, że najprawdziwszych przyjaciół ma właśnie tu – w brzozowym gaju.

Możesz również polubić…